piątek, 7 lipca 2017
Wielki Powrót i sprawozdanie z sesji
Dobrze, żarty żartami, ale mówią, że im więcej robi się dygresji, tym ma się starszy umysł. W takim razie, ja mam co najmniej dwieście lat, tak na co dzień. I widzicie, drodzy czytelnicy (mam jeszcze jakichś?), znów odbiegam od tematu.
Teraz już tak na poważnie. Porzuciłam bloga, nie było siły. Studia, mnóstwo nauki, przeklęta, prześladująca mnie od czasów dziecięcych, gramatyka. I potwór najgorszy ze wszystkich - SESJA.
Co piszczy w trawie, czyli jak wygląda sesja?
Sesja egzaminacyjna - brzmi i wygląda strasznie - a wcale taka straszna nie jest. Owszem, wyczerpuje, psychicznie i fizycznie, pojawiają się wątpliwości i przekleństwa kierowane do wszystkich teoretycznie istniejących (a także tych nieistniejących) bóstw, załamania nerwowe, depresja, stany lękowe... Ale to wszystko da się przeżyć.
Najgorszy jest zawsze pierwszy raz. I sesja ustna. W dodatku nieplanowana. Już wyjaśniam, o co chodzi. Miałam tamtego czasu pozaliczane już wszystkie przedmioty - z wyjątkiem przeklętej gramatyki. Gramatyka stanęła mi kością w gardle i ani jej przełknąć, ani wypluć. Tkwi. Dzielnie więc chodziłam za naszą legendarną profesorką (nazwiska nie podam, jeszcze mnie znajdzie i ukatrupi), a ona łaskawie pozwalała mi poprawiać przeraźliwej długości i trudności kolokwia, raz po raz. Aż przyszedł ten dzień. Dzień, w którym dowiedziałam się, że dostanę zaliczenie z przedmiotu, jeśli tylko (sic!) pokonam kolokwium podsumowujące z całego semestru gramatyki. Zanim się obejrzałam, siedziałam nad książkami i kułam na potęgę. Mój kręgosłup nie był zadowolony z ośmiu godzin spędzonych w bezruchu, ale dopięłam swego. ZDAŁAM KOLOKWIUM. Ale, ale, nie tak prędko. Najpierw musiałam poczekać, aż zostanie sprawdzone. A był już czas najwyższy - jutro miałam iść na sesję ustną. Dowiedziałam się w końcu po południu (oczywiście musiałam wysiedzieć swoje kilka godzin przed gabinetem szanownej pani profesor), że udało mi się zaliczyć, ponadto, udało mi się zaliczyć z NIEZŁYM rezultatem! Poważnie, zrobiłam tylko kilka karygodnych błędów, kując przez osiem godzin coś, czego nienawidzę. Czego chcieć więcej?
Egzamin ustny
Dobrze, świetnie, mogę podchodzić do sesji! Świetnie? Dobrze? No, nie bardzo. Byłam przekonana, że nie zaliczę kolokwium, więc o przyszłości myślałam na spokojnie - wywalą mnie z uczelni i będzie trzeba czekać na nowe terminy rekrutacji. Luz blues. Już mi wszystko jedno, i tak nic nie zmienię. A tu - niespodzianka. Mogę zdawać ustny egzamin. Wielkie zdziwienie i... w płacz. Nie poradzę sobie. No bo jak to? Nawet nie będę mogła zdawać z moim chłopakiem, bo już wcześniej ta sama ukochana profesor gramatyki dała mu jasno do zrozumienia, że nie zdąży na czas wszystkiego poprawić (Co zresztą nie było prawdą, według praw uczelni, ale o tym innym razem). Wielkie wahanie - podchodzić, nie podchodzić? Podeszłam. Raz się żyje. Na szczęście pod ręką miałam uczynnego kolegę, który zgodził się zdawać ze mną.
Nadszedł wielki dzień. Stres od rana niewyobrażalny. Chłopaka zostawiłam w domu, żeby nie rozpraszał i potuptałam na uczelnię. Poczekaliśmy do odpowiedniej godziny i... Można wchodzić w parach w dowolnej kolejności. Nikt się nie kwapił - więc poszliśmy - na pierwszy ogień, żeby mieć z głowy. O tym, co działo się za drzwiami sali wam nie opowiem. Nie, nie, to żadna tajemnica. Coś bardzo błahego - nie pamiętam nic. Stres wyparł.
Pamiętam jednak, że nie było tak źle, jak się spodziewałam, mimo oceniających spojrzeń komisji i notatek czynionych w każdej sekundzie mojej wypowiedzi (dodam, że kolega bardziej wygadany i nie popełniał błędów przy mówieniu - i oczywiście przy jego wypowiedziach nic nie zapisywano - dodatkowy stres, wszystko mam źle, zaraz wybiegnę z płaczem). Dałam radę. Poprawka, daliśmy radę, bo kolega uspokajał i pocieszał, generalnie wspierał po swojemu. Dobra - ustny egzamin, teraz już z górki.
Egzamin pisemny
Niby wszystko cacy, ale coś nie gra. Mamy tam siedzieć dziewięć godzin?! Tak, tak, dobrze przeczytaliście. Dziewięć godzin na uczelni, w ekstremalnie niewygodnym stroju galowym... I ze świeżym umysłem podchodzić do każdego egzaminu... Realia studiów, niestety. Egzamin, przerwa, egzamin, przerwa, egzamin... I tak dalej. Egzaminy były długie, a to był dopiero pierwszy dzień. Szkoda opisywać reszty, wyglądała podobnie.
Nareszcie koniec. Koniec trudów i mąk! Wolność. Czekamy na wyniki, uczęszczając w tym czasie na zajęcia drugiego semestru. Gdzie jest haczyk? No właśnie.
Haczyk, czyli czemu mnie ostatecznie wywalili
Otóż chodzi o to, że są dwa terminy sesji - normalny termin i sesja poprawkowa. ALE. Jeśli student z jakiegoś powodu nie podejdzie do sesji w pierwszym terminie, termin sesji poprawkowej staje się automatycznie jego pierwszym i ostatnim terminem. Ja natomiast nie zdążyłam zaliczyć wszystkich przedmiotów do pierwszego terminu sesji, więc moja pierwsza i ostatnia szansa na zdanie to termin poprawki. No i tu na moim losie zaważyła... taaak, gramatyka! Ucząc się bowiem pilnie, by pozaliczać kolokwia z tego wspaniałego przedmiotu, nie miałam czasu nawet zajrzeć do książek tudzież notatek z innych przedmiotów. I w ten sposób nie zaliczyłam sesji. Nie miałam kiedy się do niej uczyć, ponieważ walczyłam, żeby w ogóle do niej podejść. I tu się kończy moja ciekawa i obfitująca w wydarzenia (bardziej, niżbym chciała) historia pierwszego podejścia do studiów.
Potem się załamałam, nie miałam serca wracać na bloga, nie miałam serca do niczego. Dopiero teraz złapałam wenę w żagle i postanowiłam wrócić. Aktualnie czekam na wyniki rekrutacji (mają się pojawić trzynastego lipca, trzymajcie kciuki), już nie na KMT, ale na podobny kierunek, nastawiony jednak bardziej na kulturę i literaturę, a mniej na media.
(Notka dla ciekawskich: KMT = kultura - media - translacja
KAOJ = kultura i literatura angielskiego obszaru językowego)
Startuję też równolegle na dwa inne kierunki (moja furtka bezpieczeństwa, gdybym nie dostała się na KAOJ): specjalność nauczycielska z informatyką oraz tłumaczeniowa z językami Indii.
Ależ się rozpisałam! A to dopiero wierzchołek góry lodowej tego, co chciałam opowiedzieć.
Ale będzie po temu dużo okazji, będę tu wracać co piątek (chyba, że wena złapie mnie wcześniej, ale w piątki możecie sprawdzać bloga).
Na koniec - wreszcie zabrałam się za Sienkiewicza! "Ogniem i mieczem" już za mną, aktualnie czytam "Potop"... Ale więcej informacji w następnym poście! Trzymajcie się i uwaga na chrabąszcze czerwcowe... yyyy, majowe.
piątek, 5 lutego 2016
Nadszedł "Czas pogardy"!
Zaczynajmy więc, nie mam wiele czasu. Niedawno skończyłam "Krew Elfów" i zabrałam się za "Czas pogardy". Tutaj, niestety, znów będę musiała przerwać, czeka na mnie "Kordian" Juliusza Słowackiego, łyskając złowrogo ślepiami. To chyba jedyna lektura (nie licząc "Kamizelki" Bolesława Prusa w gimnazjum, której nie przeczytałam na czas tylko dlatego, że po prostu zapomniałam), której nie zmogłam. Teraz muszę to nadrobić, bo matura coraz bliżej...
Już nie wiem, doprawdy, jak mi się układa z Wyzwaniem Książkowym... Zapewne już dawno zawaliłam terminy. Może poradzę sobie z tym inaczej. Będę zapisywać, ile książek muszę przeczytać w danym miesiącu. Tak będzie łatwiej, bo nie zawsze mam czas. W następnym poście załączę podsumowanie stycznia i plan na luty. Dodam też niedługo zdjęcie mojego stosiku książkowego (dla niezorientowanych - ostatnio kupione książki) i zacznę na poważnie podchodzić do Wyzwania. Zamieszczę też listę kryteriów, którą będę na bieżąco uaktualniać.
To chyba tyle na ten moment.
Cytat na dziś:
"- Czy rozumiesz teraz, czym jest neutralność, która tak cię porusza? Być neutralnym to nie znaczy być obojętnym i nieczułym. nie trzeba zabijać w sobie uczuć. Wystarczy zabić w sobie nienawiść."
Może jeszcze jeden:
"- Drwicie sobie za mnie?
- Pod żadnym pozorem. Naprawdę chciałbym uzupełnić luki w wykształceniu.
- Hmmm... Jeśli naprawdę... Czemu nie. Posłuchajcie zatem. Rodzina Hyphydridae, należąca do rzędu Amphipoda, czyli Obunogów, obejmuje cztery znane nauce gatunki. Dwa z nich żyją wyłącznie w wodach tropikalnych. W naszym klimacie spotyka się natomiast, obecnie bardzo rzadko, niewielką Hyphydra longicauda, oraz osiągającą nieco większe rozmiary Hyphydra marginata. Biotopem obu gatunków są wody stojące lub wolno płynące. Są to rzeczywiście gatunki drapieżne, preferujące jako pokarm stworzenia ciepłokrwiste... Macie coś do dodania?
- Chwilowo nie. Słucham z zapartym tchem.
- Tak, hmm... W księgach znaleźć też można wzmianki o podgatunku Pseudohyphydra, żyjącym w bagnistych wodach Angrenu. Jednak ostatnio uczony Bumbler z Aldersbergu dowiódł, że jest to całkowicie odrębny gatunek z rodziny Mordidae, czyli Zagryźców. Żywi się wyłącznie rybami i małymi płazami. Został nazwany Ichtyovorax bumbleri.
- Ma potwór szczęście - uśmiechnął się wiedźmin. - Już po raz trzeci został nazwany.
- Jak to?
- Stwór, o którym mówicie, to żyrytwa, w Starszej Mowie nosząca nazwę cinerea. A jeśli uczony Bumbler twierdzi, że żywi się wyłącznie rybami, to wnoszę, że nigdy nie kąpał się w jeziorku, w którym żyrytwy bytują. Ale pod jednym względem Bumbler ma rację: z żagnicą cinerea ma tyle wspólnego, co ja z lisem. Obaj lubimy jeść kaczuszki."
(oba cytaty pochodzą z powieści "Krew Elfów" Andrzeja Sapkowskiego)
Do przeczytania!
środa, 6 stycznia 2016
Tak, wiem, jestem beznadziejna.
Wiem. Naprawdę. Nie musicie mi tego mówić. Jestem świadoma tego, że emanuję beznadziejnością niczym odpady radioaktywne... tym czymś, czym emanują.
Ostatnio nie mam kiedy pisać, musicie mi wybaczyć. Jutro (a właściwie już dzisiaj, bo jest po północy) dodam porządnego posta. Z wyzwaniem, opisem "Ostatniego życzenia", cytatem i ciekawostkami.
Teraz jednak musicie się zadowolić przeprosinami.
Cytat na dziś?
"Natenczas Wojski chwycił na taśmie przypięty
Swój róg bawoli, długi, cętkowany, kręty (...)"
("Pan Tadeusz" Adama Mickiewicza) (naprawdę źle ze mną, przez dłuższą chwilę próbowałam sobie przypomnieć, kto to napisał...)
Do rana!
poniedziałek, 21 grudnia 2015
Przepraszająca i romantyczna...
Witajcie. Na początku chciałam wszystkich przeprosić za wczorajszy brak posta. Byłam bardzo zajęta - cóż, zbliżają się święta - i nie dałam rady nic napisać. Dziś, choć jestem niewyobrażalnie zmęczona (pierwszy dzień szkoły po tygodniu choroby), postanowiłam nie odpuszczać i napisać chociaż krótką notkę ("Wybrałem sobie najmniej sprzyjający czas na chorowanie.", jak to mawiał Remus Lupin - tu znów nawiązanie do serii o Potterze).
Jestem teraz w trakcie czytania "Rozważnej i romantycznej" Jane Austen (dokładnie 247 strona) i kiedy skończę, obiecuję, że napiszę wyczerpującą recenzję.
Potem zaś zabiorę się za wszystkie możliwe opowiadania sir Artura Conan Doyla.
Myślę, że czas zakończyć ten post, zwłaszcza, że czuję się coraz gorzej.
Zapraszam na mojego bloga jutro w godzinach wieczornych.