Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 lipca 2017

Wielki Powrót i sprawozdanie z sesji

Jak ten czas leci... No właśnie, jak? Czy ktokolwiek się nad tym zastanawiał? Czy czas ma skrzydła? A może idzie do kasy, przechodzi odprawę i wsiada na pokład samolotu? Nie wmówicie mi, że ma prywatny helikopter!

Dobrze, żarty żartami, ale mówią, że im więcej robi się dygresji, tym ma się starszy umysł. W takim razie, ja mam co najmniej dwieście lat, tak na co dzień. I widzicie, drodzy czytelnicy (mam jeszcze jakichś?), znów odbiegam od tematu.
Teraz już tak na poważnie. Porzuciłam bloga, nie było siły. Studia, mnóstwo nauki, przeklęta, prześladująca mnie od czasów dziecięcych, gramatyka. I potwór najgorszy ze wszystkich - SESJA.

Co piszczy w trawie, czyli jak wygląda sesja?

Sesja egzaminacyjna - brzmi i wygląda strasznie - a wcale taka straszna nie jest. Owszem, wyczerpuje, psychicznie i fizycznie, pojawiają się wątpliwości i przekleństwa kierowane do wszystkich teoretycznie istniejących (a także tych nieistniejących) bóstw, załamania nerwowe, depresja, stany lękowe... Ale to wszystko da się przeżyć.

Najgorszy jest zawsze pierwszy raz. I sesja ustna. W dodatku nieplanowana. Już wyjaśniam, o co chodzi. Miałam tamtego czasu pozaliczane już wszystkie przedmioty - z wyjątkiem przeklętej gramatyki. Gramatyka stanęła mi kością w gardle i ani jej przełknąć, ani wypluć. Tkwi. Dzielnie więc chodziłam za naszą legendarną profesorką (nazwiska nie podam, jeszcze mnie znajdzie i ukatrupi), a ona łaskawie pozwalała mi poprawiać przeraźliwej długości i trudności kolokwia, raz po raz. Aż przyszedł ten dzień. Dzień, w którym dowiedziałam się, że dostanę zaliczenie z przedmiotu, jeśli tylko (sic!) pokonam kolokwium podsumowujące z całego semestru gramatyki. Zanim się obejrzałam, siedziałam nad książkami i kułam na potęgę. Mój kręgosłup nie był zadowolony z ośmiu godzin spędzonych w bezruchu, ale dopięłam swego. ZDAŁAM KOLOKWIUM. Ale, ale, nie tak prędko. Najpierw musiałam poczekać, aż zostanie sprawdzone. A był już czas najwyższy - jutro miałam iść na sesję ustną. Dowiedziałam się w końcu po południu (oczywiście musiałam wysiedzieć swoje kilka godzin przed gabinetem szanownej pani profesor), że udało mi się zaliczyć, ponadto, udało mi się zaliczyć z NIEZŁYM rezultatem! Poważnie, zrobiłam tylko kilka karygodnych błędów, kując przez osiem godzin coś, czego nienawidzę. Czego chcieć więcej?

Egzamin ustny

Dobrze, świetnie, mogę podchodzić do sesji! Świetnie? Dobrze? No, nie bardzo. Byłam przekonana, że nie zaliczę kolokwium, więc o przyszłości myślałam na spokojnie - wywalą mnie z uczelni i będzie trzeba czekać na nowe terminy rekrutacji. Luz blues. Już mi wszystko jedno, i tak nic nie zmienię. A tu - niespodzianka. Mogę zdawać ustny egzamin. Wielkie zdziwienie i... w płacz. Nie poradzę sobie. No bo jak to? Nawet nie będę mogła zdawać z moim chłopakiem, bo już wcześniej ta sama ukochana profesor gramatyki dała mu jasno do zrozumienia, że nie zdąży na czas wszystkiego poprawić (Co zresztą nie było prawdą, według praw uczelni, ale o tym innym razem). Wielkie wahanie - podchodzić, nie podchodzić? Podeszłam. Raz się żyje. Na szczęście pod ręką miałam uczynnego kolegę, który zgodził się zdawać ze mną.
Nadszedł wielki dzień. Stres od rana niewyobrażalny. Chłopaka zostawiłam w domu, żeby nie rozpraszał i potuptałam na uczelnię. Poczekaliśmy do odpowiedniej godziny i... Można wchodzić w parach w dowolnej kolejności. Nikt się nie kwapił - więc poszliśmy - na pierwszy ogień, żeby mieć z głowy. O tym, co działo się za drzwiami sali wam nie opowiem. Nie, nie, to żadna tajemnica. Coś bardzo błahego - nie pamiętam nic. Stres wyparł.

Pamiętam jednak, że nie było tak źle, jak się spodziewałam, mimo oceniających spojrzeń komisji i notatek czynionych w każdej sekundzie mojej wypowiedzi (dodam, że kolega bardziej wygadany i nie popełniał błędów przy mówieniu - i oczywiście przy jego wypowiedziach nic nie zapisywano - dodatkowy stres, wszystko mam źle, zaraz wybiegnę z płaczem). Dałam radę. Poprawka, daliśmy radę, bo kolega uspokajał i pocieszał, generalnie wspierał po swojemu. Dobra - ustny egzamin, teraz już z górki.

Egzamin pisemny

Niby wszystko cacy, ale coś nie gra. Mamy tam siedzieć dziewięć godzin?! Tak, tak, dobrze przeczytaliście. Dziewięć godzin na uczelni, w ekstremalnie niewygodnym stroju galowym... I ze świeżym umysłem podchodzić do każdego egzaminu... Realia studiów, niestety. Egzamin, przerwa, egzamin, przerwa, egzamin...  I tak dalej. Egzaminy były długie, a to był dopiero pierwszy dzień. Szkoda opisywać reszty, wyglądała podobnie.

Nareszcie koniec. Koniec trudów i mąk! Wolność. Czekamy na wyniki, uczęszczając w tym czasie na zajęcia drugiego semestru. Gdzie jest haczyk? No właśnie.

Haczyk, czyli czemu mnie ostatecznie wywalili

Otóż chodzi o to, że są dwa terminy sesji - normalny termin i sesja poprawkowa. ALE. Jeśli student z jakiegoś powodu nie podejdzie do sesji w pierwszym terminie, termin sesji poprawkowej staje się automatycznie jego pierwszym i ostatnim terminem. Ja natomiast nie zdążyłam zaliczyć wszystkich przedmiotów do pierwszego terminu sesji, więc moja pierwsza i ostatnia szansa na zdanie to termin poprawki. No i tu na moim losie zaważyła... taaak, gramatyka! Ucząc się bowiem pilnie, by pozaliczać kolokwia z tego wspaniałego przedmiotu, nie miałam czasu nawet zajrzeć do książek tudzież notatek z innych przedmiotów. I w ten sposób nie zaliczyłam sesji. Nie miałam kiedy się do niej uczyć, ponieważ walczyłam, żeby w ogóle do niej podejść. I tu się kończy moja ciekawa i obfitująca w wydarzenia (bardziej, niżbym chciała) historia pierwszego podejścia do studiów.

Potem się załamałam, nie miałam serca wracać na bloga, nie miałam serca do niczego. Dopiero teraz złapałam wenę w żagle i postanowiłam wrócić. Aktualnie czekam na wyniki rekrutacji (mają się pojawić trzynastego lipca, trzymajcie kciuki), już nie na KMT, ale na podobny kierunek, nastawiony jednak bardziej na kulturę i literaturę, a mniej na media.

(Notka dla ciekawskich: KMT = kultura - media - translacja
KAOJ = kultura i literatura angielskiego obszaru językowego)

Startuję też równolegle na dwa inne kierunki (moja furtka bezpieczeństwa, gdybym nie dostała się na KAOJ): specjalność nauczycielska z informatyką oraz tłumaczeniowa z językami Indii.

Ależ się rozpisałam! A to dopiero wierzchołek góry lodowej tego, co chciałam opowiedzieć.
Ale będzie po temu dużo okazji, będę tu wracać co piątek (chyba, że wena złapie mnie wcześniej, ale w piątki możecie sprawdzać bloga).

Na koniec - wreszcie zabrałam się za Sienkiewicza! "Ogniem i mieczem" już za mną, aktualnie czytam "Potop"... Ale więcej informacji w następnym poście! Trzymajcie się i uwaga na chrabąszcze czerwcowe... yyyy, majowe.

piątek, 10 czerwca 2016

Dziś troszkę inaczej.

W dzisiejszym poście napiszę nie o książkach, ale o introwertyzmie i niechęci do ludzi. Co skłoniło mnie do wybrania takiego tematu? Przede wszystkim moje wyczerpanie po powrocie do domu, kiedy jestem zmuszona obcować z istotami tego samego gatunku. W drugiej kolejności fobia społeczna, której nabawiłam się przez pewną panią kilka lat temu, a którą staram się zwalczać.

Ale, ale, o czym chciałam napisać? Na początek wytłumaczę, dlaczego zawsze noszę przy sobie książkę. Ten wykres przedstawia to idealnie:


(DLACZEGO ZAWSZE NOSISZ PRZY SOBIE KSIĄŻKĘ:
*PONIEWAŻ CHOLERNIE LUBISZ CZYTAĆ
*PONIEWAŻ CHCESZ ZNIECHĘCIĆ LUDZI, ŻEBY DO CIEBIE ZAGADYWALI)

Dzięki temu uświadomiłam sobie, że tak rzeczywiście jest i ze mną. Może i wy też odkryjecie coś takiego?

Co następne? Może kilka słów o nas, introwertykach. Wielu ekstrawertyków sądzi, że nie lubimy ludzi, stronimy od nich. Otóż nie. Chodzi o to, że czerpiemy energię z bycia samemu (ewentualnie wśród najbliższych), a wykorzystujemy ją pośród ludzi. Ekstrawertycy mają odwrotnie. Kiedy są sami, zużywają energię, a "ładują bateryjki" przebywając wśród innych. Na tym polega najważniejsza różnica.

Teraz słów kilka o postępowaniu z nami, introwertykami. Otóż jeśli, dajmy na to, znajdujemy się w pokoju, do którego wchodzi taka osoba, przywitajmy się z nią grzecznie, ale nie próbujmy zagadać. Jeśli mamy coś istotnego, powiedzmy to zwięźle. Introwertycy nie chcą tracić czasu na bezsensowne rozmowy.
Następnie wróćmy do swoich zajęć. To najlepsza opcja.

Na koniec kilka porad. Nie wymagaj od introwertyków, by zużywali na ciebie cenną energię, jeśli nie jest to absolutnie konieczne. Introwetycy także mogą czuć się samotni. Nie traktuj ciszy jako zniewagi - tak nie jest!

[źródło: Dr Carmella radzi: jak zrozumieć introwertyka]

To tyle na dziś. Mam nadzieję, że te rady przydadzą się komuś.

Do przeczytania!

sobota, 28 maja 2016

Dobra nowina: Nie umarłam!

Nie zgadniecie... Angielski ustny zaliczony na równiutkie 100%!
Nie mogłam uwierzyć.

Miało być o "Eonie"... Tak, racja. Problem tylko w tym, że miałam dość fantastyki i nie dałam rady dokończyć drugiej części... Napiszę o cyklu, kiedy będę mieć pełny obraz historii, a tymczasem... "Szklane smoki" Sean McMullena. Kolejna powieść fantasy. Na początku musiałam się zmuszać do czytania, ale teraz... Skończę książkę zanim się obejrzę.
Potem zabieram się (zgodnie z obietnicą daną mojemu chłopakowi) za "Panią Jeziora, potem zaś za "Sezon burz".
Napiszę wkrótce.
Bywaj. (jakby to powiedział Geralt z serii gier)

Cytat?
Proszę bardzo. Nawe trzy.
Wszystkie ze "Szklanych smoków".

"Zapadła cisza tak brzemienna w znaczenia, że powinna pojawić się akuszerka."

"Teraz pytanie. Powóz spalony, zostali tylko zwiadowcy i są zapędzeni w róg. Atakujesz szklanego smoka, żeby ocalić zwiadowców. Potem wracasz po mnie, brudnego, pijanego potwora.
- To był mój obowiązek...
- Jądra!
- Chyba miałaś na myśli jaja.
- Tak, jaja sobie robisz! Jaki był prawdziwy powód?"

"- Problemy, problemy, nic, tylko przeklęte problemy!
- Wszyscy mają problemy - odparł Andry. - My mamy także miłość.
- Prawda. Inni mają wiele problemów, ale bez miłości."

piątek, 6 maja 2016

Czas na recenzje ograniczony? Czyżby Dobra Zmiana?

Obiecywałam sobie, że nie będę tu pisać o polityce, ale... To, co dzieje się w tym kraju jest po prostu nie do przyjęcia! Lecz nie o tym pisać miałam (jakby to pewnikiem wielu wieszczów ujęło). Wybaczcie, ale ostatnio czytam książki tak szybko, że nie starcza mi czasu na nadrabianie recenzji, zamiast tego robię sobie nowe zaległości. Napiszę więc w najbliższym czasie o "Eonie" - dwutomowym cudzie literackim autorstwa Alison Goodman. Na razie jednak trzymajcie kciuki za porządnie zdaną maturę!
Do przeczytania!

środa, 20 kwietnia 2016

Czarno - biały świat "Na drugą stronę"

Cześć, to znowu ja! Miałam przerwę w pisaniu, ale... Drżyjcie śmiertelnicy, albowiem oto powróciłam! MU-HA-HA-HA-ekhem... Kłaczek?

Dobra, dobra, do rzeczy. Jesteście gotowi na recenzję "Na drugą stronę" Anny Kendal?


Na początek może... O czym jest właściwie ta książka? Głównym bohaterem jest chłopiec o imieniu Roger, który ma pewien niepokojący dar - potrafi przechodzić do Krainy Umarłych. Jego ojciec wykorzystuje ten fakt, torturując chłopaka. Jednak pewnej nocy życie Rogera się odmienia i utalentowane dziecko trafia na dwór Młodej Królowej. To, co tam przeżyje, wypali w jego umyśle piętno.

Powieść ''Na drugą stronę" opowiada o radzeniu sobie z cierpieniem po utracie kogoś, kogo się kocha, o miłości, która czasem jest ślepa i o ludziach, którzy jej nie dostrzegają. O wybaczaniu, przyjaźni i nienawiści. O tym, jak ważni są rodzice. A także o tym, jaki sens ma każde nasze działanie.

Jeśli chodzi o bohaterów... Tutaj różnie. Główny bohater nieco denerwujący, szczególnie w niektórych momentach... Właściwie nikt tam nie był do końca dobry ani do końca zły... Nawet ojciec Rogera!

Podsumowując - polecam każdemu tę książkę, ale nie oczekujcie wiele od głównego bohatera.

Do przeczytania!

czwartek, 31 marca 2016

Jak zamienić się w karalucha, czyli "Sklepy cynamonowe"...

Spodziewacie się pewnie teraz, że napiszę recenzję (lub chociaż parę słów) o dziele Bruna Schulza. A jednak nie! Dopiero we wtorek napiszę. Wtedy bowiem mam lekcję polskiego, na której pani wytłumaczy mi, co autor miał na myśli. Ponieważ takie sceny, jak strach przed nóżką damską w czarnym pantofelku czy zamiana w karakana... No cóż, myślę, że mają jednak swoje drugie dno. Taką mam przynajmniej nadzieję.

"Dozorcy odebrali mu mapę, naturalnie, prawdopodobnie wtedy, kiedy zajmował się byciem martwym. To była dobra mapa i studiując ją, pan Wilkinson i jego koledzy wiele się dowiedzą o szyfrowaniu, geografii i zdradzieckiej kartografii. Nie znajdą na niej lokalizacji około 150 tysięcy dolarów w rozmaitych walutach, ponieważ mapa była całkowitą i wyrafinowaną fikcją. Jednakże Moista ogarniało przyjemne ciepło na myśl o tym, że na pewien czas posiądą oni największy ze wszystkich skarbów, jakim jest Nadzieja. Jego zdaniem każdy, kto nie potrafi normalnie zapamiętać, gdzie ukrył takie wielkie skarby, zasługuje na ich utratę."
("Piekło pocztowe" Terry'ego Pratchetta)

Tymczasem... Wypożyczyłam z biblioteki pięć nowych książek. Oto ich tytuły:
  • "Portret Doriana Graya" Oscara Wilde
  • "Dzieci demonów" J. M. McDermott'a
  • "Na drugą stronę" Anny Kendall
  • "Niuch" Terry'ego Partchetta
  • "Ludzie - powieść dla Ziemian" Matta Haiga

Niestety porzucam na czas pewien "Panią jeziora" Andrzeja Sapkowskiego... Z tego, co mi mówiono, czeka tam na mnie pewne tragiczne wydarzenie (nie wiem tylko jakie), a jako że ostatnio mam trochę problemów z radzeniem sobie z życiem, postanowiłam nie narażać się na razie na dodatkowe cierpienia. Jeszcze wrócę do "Pani jeziora", ale muszę najpierw uporządkować nieco własne życie.

Jeszcze jedno. "Portret Doriana Graya" (niemający nic wspólnego z "Pięćdziesięcioma twarzami") ma zaledwie sto siedemdziesiąt stron, jestem już na setnej, także najpóźniej jutro przeczytam. Napiszę wtedy recenzję i zabiorę się za "Dzieci demonów" lub "Ludzi - powieść dla Ziemian". A już we wtorek

Serdecznie pozdrawiam stałych czytelników, jak i tych nowo przybyłych.
Do przeczytania!

niedziela, 27 marca 2016

"Wesołego królika, co po stole bryka!"

Witam, witam!
Dziś krótko. Chciałam życzyć wszystkim wesołych świąt wielkanocnych, smacznego jajka i tak dalej... Sami już wiecie najlepiej. Pod spodem wstawiam krótki komiks mojego autorstwa pod tytułem "I tak się rodzą czytelnicy". Przeczytamy się już niebawem! Postaram się już jutro opisać "Sklepy cynamonowe" Bruna (Bruno?) Schulza.
Na razie jednak muszę was pożegnać.

Swoją drogą... Ciekawe, że od zawsze jest zajączek wielkanocny, tak wiele istnieje wierszyków o króliku... Dziwne, prawda? Może ludzie nie odróżniają?



piątek, 25 marca 2016

O Laus Deo, historii circumpunctu i masonerii słów kilka

Bardzo dawno nie pisałam... Ale wiecie, jak to jest. Trzecia klasa, matura za niecałe dwa miesiące... Człowiek nie ma głowy do pisania bloga. Regularnie zacznę pisać dopiero po egzaminie dojrzałości, tymczasem proszę was o wyrozumiałość. Jeśli mogę dać pewną radę: spróbujcie zaglądać tu co tydzień lub nawet dwa tygodnie. W ten sposób nie będzie tylu nerwów z powodu mojego niepisania. A teraz do rzeczy. Dziś troszkę inaczej, bo zainspirowana "Zaginionym symbolem" Dana Browna, chciałabym podzielić się z wami informacjami o wolnomularstwie.

Na początek - dlaczego masoneria jest potępiana?
Odpowiem na przykładzie religii chrześcijańskiej. Ludzie, którzy potępiają wolnomularzy, używają tych oto argumentów:

Powtórzonego Prawa 5:
"8 - Nie uczynisz sobie posągu ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko albo na ziemi nisko, lub w wodzie poniżej ziemi.
9 - Nie będziesz oddawał im pokłonu ani służył. Bo Ja jestem Pan, Bóg twój, Bóg zazdrosny, karzący nieprawość ojców na synach w trzecim i w czwartym pokoleniu – tych, którzy Mnie nienawidzą."

Mt 23:9-12 Bw „Nikogo też na ziemi nie nazywajcie ojcem swoim; albowiem jeden jest Ojciec wasz, Ten w niebie.(10) Ani nie pozwalajcie się nazywać przewodnikami, gdyż jeden jest przewodnik wasz, Chrystus.(11) Kto zaś jest największy pośród was, niech będzie sługą waszym,(12) a kto się będzie wywyższał, będzie poniżony, a kto się będzie poniżał, będzie wywyższony."

Mt 6:6 (BT) „Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.”

A przecież, jeśli się nad tym zastanowić, jeden z najpotężniejszych odłamów religii chrześcijańskiej robi dokładnie to samo, o co oskarża masonów. Ponadto ostatni punkt nie ma odniesienia do masonerii, ponieważ w Lożach zakazane jest dyskutowanie o religii, by nie wszczynać kłótni.

Masoneria jest stowarzyszeniem zrzeszającym ludzi wszelkich religii. Obowiązkowa jest jedynie wiara w siłę wyższą. Dlatego chrześcijanie uważają wolnomularzy za heretyków, a nawet satanistów (co świadczy tylko o ich zamkniętym umyśle, przecież to kompletnie nie ma sensu!) i od wieków tępią masonów. Myślę, że podobnie ma się sprawa z innymi religiami. Ale to nie wszystko. Są jeszcze inne powody tej nienawiści. Przytoczę tu cytat z "Zaginionego symbolu":

"- Profesorze Langdon! - odezwała się dziewczyna z kręconymi włosami siedząca w jednym z tylnych rzędów. - Jeśli masoni nie są tajnym bractwem, korporacją ani religią, to czym są?
- Gdyby zadała pani to pytanie masonowi, odpowiedziałby, że wolnomularstwo to system moralny ukryty za zasłoną alegorii i dostarczający przykładów pod postacią symboli.
- Czy nie jest to eufemistyczne określenie "dziwacznej sekty"?
- Powiedziała pani "dziwacznej"?
- Nie przesłyszał się pan! - powiedziała głośno, wstając. - Słyszałam, co wyprawiają podczas swoich tajemnych zgromadzeń! O upiornych rytuałach przy świecach, z trumnami, stryczkami i piciem wina z ludzkich czaszek. Jak inaczej to nazwać?!
Langdon rozejrzał się po sali.
- Czy państwo też uważają to za dziwaczne?
- Tak! - zakrzyknęli studenci jak jeden mąż.
Westchnął z udawanym smutkiem.
- Kiepska sprawa. Jeśli takie rytuały wydają wam się dziwaczne, nigdy nie wstąpicie do mojej sekty.
W sali zapadła cisza. Studentka ze Stowarzyszenia Kobiet spojrzała na niego niepewnie.
- Jest pan członkiem jakiejś sekty? - spytała.
Langdon skinął głową i ściszył głos do konspiracyjnego szeptu.
- Proszę nikomu nie mówić, że w dzień, gdy poganie oddawali cześć bogu Ra, klękam u stóp starożytnego narzędzia tortur i spożywam rytualne symbole ciała i krwi.
Studenci spojrzeli po sobie przerażeni.
Langdon wzruszył ramionami.
- Jeśli ktoś chce się przyłączyć, proszę przyjść w niedzielę do kaplicy uniwersyteckiej. Uklękniemy przed krucyfiksem i przyjmiemy eucharystię.
W sali nadal było cicho.
Langdon mrugnął porozumiewawczo do słuchaczy.
- Otwórzcie umysły, drodzy przyjaciele. Wszyscy boimy się tego, czego nie rozumiemy."

No właśnie. Jeśli coś brzmi przerażająco, powinniśmy najpierw trochę się o tym dowiedzieć, poczytać, a dopiero potem potępiać i wyklinać.

Dobrze, ale czym zajmuje się wolnomularstwo?

Dla przykładu - cele Gai Aeterny, części Wolnomularstwa Żeńskiego Liberalnego w Polsce:

^ Udoskonalanie moralne oraz duchowe samego siebie i ludzkości,
^ Poszukiwanie Prawdy i dążenie do Sprawiedliwości,
^ Budowanie postawy  szacunku do wszelkiej  Pracy, jako obowiązku człowieka,
^ Zmierzanie do harmonii i równowagi w sądach i postępowaniu,
^ Poszanowanie odmienności drugiego człowieka i absolutnej wolności sumienia,
^ Nauczanie postaw tolerancji i doceniania bogactwa płynącego z różnorodności osobowości ludzkich, społeczeństw i kultur,
^ Pielęgnowanie więzi braterskich wśród wolnomularzy i działanie na rzecz braterstwa między ludźmi,
^ Kształtowanie postaw solidarności  międzyludzkiej, wspieranie słabszych,
^ Przeniesienie światła do innych miast Polski.

Nie brzmi tak strasznie, prawda? Wystarczy zastanowić się nad każdym punktem. Co to ma wspólnego z satanizmem?!

Jak zostać masonem?

Pewnie wielu z was zastanawiało się nad tym. Cóż - są dwie drogi. Pierwsza - tradycyjna - zakłada zaproszenie z wewnątrz. Wolnomularze obserwują potencjalnego kandydata (zgłoszonego przez Mistrza), jego poglądy, zachowanie. Jeśli zrobi dobre wrażenie, zapraszają go do stowarzyszenia.
Druga droga - możliwa dopiero od niedawna - wymaga inicjatywy ze strony kandydata. Wysyła on zgłoszenie i czeka cierpliwie, aż Loża je rozpatrzy. Zajmuje to zazwyczaj dosyć długo (nawet ponad rok!), po tym czasie przewidziany jest jeszcze okres testów, po których kandydat zostaje odrzucony lub przyjęty jako Adept.
Więcej informacji o tym procesie znajdziecie tutaj.

Warto poczytać o wolnomularstwie, to naprawdę fascynujące stowarzyszenie.

poniedziałek, 29 lutego 2016

"Ogień pali, ale i oczyszcza" - recenzja "Chrztu ognia"

Zachęcona łatwością, z jaką udało mi się napisać moją pierwszą recenzję, rozpoczynam tworzenie drugiej (patrz: tytuł posta).
Do biegu... Gotowi... Start!

Zacznijmy od powodu, dla którego sięgnęłam po "Chrzest ognia". Przede wszystkim chciałam poznać dalsze losy Geralta, Ciri i Yennefer. Ciekawiło mnie, co się jeszcze stanie. W ten sposób zbliżyłabym się też do zakończenia sagi, które niezmiernie mnie interesuje. Na początku jednak zabrałam się za "Chrzest ognia" z miernym entuzjazmem. Miałam już dość sagi. Wszystkie te zawirowania polityczne sprawiały, że musiałam się przedzierać przez kolejne stronice "Czasu pogardy" i nie wierzyłam, aby w następnej części było lepiej.
Ale kiedy otworzyłam książkę... Czekała mnie niespodzianka. W każdej powieści z sagi o wiedźminie są słowa wiersza lub piosenki bodajże na karcie tytułowej. W "Chrzcie ognia" jest to fragment "Brothers in arms" Dire Straits, rockowy kawałek, który znam od dziecka. Przytaczam go poniżej:

Through these fields of destruction
Baptisms of fire
I've watched all your suffering
As the battles raged higher
And though they did hurt me so bad
In the fear and alarm
You did not desert me
My brothers in arms...

Zachęciło mnie to do zabrania się za lekturę. I co się okazało? Ta książka jest świetna! Ale na tym nie koniec.

Trudno określić tematykę sagi o wiedźminie. Pojawia się tam wiele wątków tak pokręconych, że próba zrozumienia ich przypomina błądzenie po omacku. Jest miłość, przyjaźń, niechęć, nienawiść. Jest śmierć. Poruszane zostają tam tematy ważne dla nas do dziś.

Teraz, według schematu (który już i tak ominęłam) powinnam napisać co nieco o bohaterach i akcji. Ale cóż mogę tutaj rzec? Przecież to któryś tom sagi, musiałabym opisywać postaci od samego początku...

Zamiast tego podzielę się z wami czym innym. Jak na razie "Chrzest ognia" to mój ulubiony tom w sadze. Czytało się go bardzo przyjemnie, polityka pojawiała się na poziomie możliwym do zrozumienia bez szczegółowych notatek, a zakończenie... Nie będę tutaj dodawać spoilerów, powiem tylko, że koniec trzeciego tomu nie zawodzi.

Podsumowując - nie mam żadnych zastrzeżeń! "Chrzest ognia" jest świetną lekturą i z czystym sumieniem polecam wam tę książkę.

Na zakończenie dodam jeszcze parę cytatów z powieści:

"- Twój wiedźmin - powiedziała Francesca - w ciągu jednej tylko godziny zrobił więcej, niż niejeden przez całe życie. Nie rozwodząc się: złamał nogę Dijkstrze, uciął głowę [spoiler] i bestialsko zarąbał około dziesięciu Scoia'tael. Ach, byłabym zapomniała: obudził jeszcze niezdrowe podniecenie Keiry Metz.
- Straszne - Yennefer wykrzywiła się przesadnie. - Ale Keira doszła już chyba do siebie? Nie żywi chyba do niego urazy? To, że podnieciwszy ją, nie wychędożył, wynikało z całą pewnością z braku czasu, nie z braku szacunku. Zapewnij ją o tym w moim imieniu."

"Wartownicy byli żołnierzami zawodowymi, dawało się to poznać po zadziwiającej umiejętności porozumiewania się za pomocą zdań złożonych wyłącznie z zaimków i obrzydliwych plugastw."

"- Jeśli będzie bezpiecznie, zawołam głosem krogulca.
- Głosem krogulca? - niespokojnie poruszył brodą Munro Bruys. - Przecież ty pojęcia nie masz o naśladowaniu ptasich głosów, Zoltan.
- I o to chodzi. Gdy usłyszycie dziwny, niepodobny do niczego głos, to będę ja."

piątek, 26 lutego 2016

Moja pierwsza recenzja!

W tym poście chciałabym zrecenzować "Wiśniowy Klub Książki". Czuję się już lepiej i chyba dam radę. Zaczynajmy!

Na początek chciałabym opowiedzieć wam, skąd wziął się pomysł przeczytania tej książki. Jak już wiecie uczęszczam na spotkania Dyskusyjnego Klubu Książki w Czeladzi. Dziś jest comiesięczne zebranie. Mieliśmy przeczytać właśnie powieść Ashtona Lee. Jako, że jestem w szpitalu, niestesty nie będę mogła uczestniczyć w spotkaniu... Ale książkę z chęcią przeczytałam.
"Wiśniowy Klub Książki" to naprawdę ciekawa powieść. Opowiada o bibliotekarce - Maurze Beth - która postanawia walczyć do końca o swoje miejsce pracy. Musi udowodnić władzom, że biblioteka wcale nie jest zbędnym miejscem, o którym wszyscy już zapomnieli.

Teraz troszeczkę o autorze - zdziwicie się, ale cały czas byłam przekonana, że Ashton Lee to kobieta... Dopiero dziś dowiedziałam się, że to płeć przeciwna. "Wiśniowy Klub Książki" to jego literacki debiut. Autor studiował literaturę angielską, co wyjaśnia temat powieści. Ale nie będę was zanudzać, przejdźmy do kolejnego punktu!

Dodajmy co nieco o treści. Główni bohaterowie to dokładnie stworzone postaci. Każdy z nich jest ważny i każdy ma swój własny wątek. Nie wszystko krąży wokół Maury Beth i jej biblioteki. Sporo jest także przyjaźni i miłości między mieszkańcami Cherico.

Moim zdaniem książka ta zasługuje na polecenie, mimo sporej ilości błędów stylistycznych i niedociągnięć. Jest to debiut autora, liczę więc, że w kolejnych powieściach będzie mniej błędów. No cóż - dajmy autorowi szansę się wykazać.
Zdecydowanie podoba mi się sposób pisania i stworzeni bohaterowie.
Moim ulubionym wątkiem są relacje pomiędzy Locke'm Linwoodem a panną Voncille. Jest to chyba najlepiej stworzona część książki (nie licząc Maury Beth i jej biblioteki), a gdy autor wprowadził jeszcze wątek listu od zmarłej żony... To jest świetne!

Podsumowując - "Wiśniowy Klub Książki" jest powieścią naprawdę godną polecenia. Interesujące wątki, dokładnie stworzeni bohaterowie, ciekawa fabuła - to wszystko można znaleźć w książce, którą zadebiutował Ashton Lee.

Na koniec dodam cytat z "Wiśniowego Klubu Książki":
"Nikt nie zajmuje się działem dziecięcym ani sprawami technicznymi. To cud, że w ogóle mam ten komputer. - Tu nachyliła się i zniżyła głos. - Nie mówiąc już, do jakich sposobów muszę się uciekać, żeby zabezpieczyć zbiory. Za ladą na przykład leży zapas orzechowych markizów dla pana Barnesa Putzela. Pilnuje go tu jego młodsza siostra. Gdy zaczął przychodzić, na początku spędzał całe dni w księgozbiorze podręcznym, póki nie zaczynał zderzać ze sobą tomów encyklopedii jak talerzy. Byłyśmy zmuszone prosić go o ich odłożenie i wypraszać. Pewnego dnia jednak jego siostra przyszła i zaproponowała, żebyśmy ukradkiem częstowały go ciastkami z masłem orzechowym, zanim pójdzie do katalogu podręcznego. Mówiła, że w domu to go zawsze uspokaja. Zastosowałam się więc do jej rady i od tej pory nie mamy z nim problemów. Czuje się jak w raju, studiując encyklopedie w błogosławionej ciszy i bez uszczerbku dpa okładek. Musimy tylko niestety zdzierżyć jakoś jego orzechowy oddech, kiedy przychodzi się pożegnać."

poniedziałek, 15 lutego 2016

To wszystko wina Pottera!

Witajcie!
Dawno nie pisałam, wiem. Miałam ostatnio męczące tygodnie, nie miałam siły na nic... Ale już jest lepiej, proszę państwa! Dziś chciałam się podzielić teorią pewnego fana Harrego Pottera. Okazuje się, że powinniśmy podziwiać Dursley'ów!
Już wyjaśniam. Pamiętacie, jak zachowywał się Ron, gdy za długo nosił horkruks? Stawał się agresywny już po paru godzinach.
A teraz przypominam - Harry był przecież horkruksem. Musiał więc oddziaływać na Dursey'ów przez... dziesięć lat!
Powinniśmy podziwiać ich, że nie zwariowali.
Ciekawe, jakimi ludźmi by byli, gdyby Harry nie miał w sobie cząstki Voldemorta?
Tutaj macie artykuł na ten temat.

Wkrótce się odezwę, cześć!

piątek, 5 lutego 2016

Nadszedł "Czas pogardy"!

Czas pogardy? Ale dla kogo? No cóż... Jeśli tak dalej pójdzie, to dla mnie. Mija siódmy dzień, odkąd napisałam ostatniego posta. Wybaczcie, naprawdę jestem teraz bardzo zapracowana, a kiedy się nie uczę, zasypiam. Dziś, na szczęście, wreszcie udało mi się zaanektować dla siebie dziesięć minut wolnego czasu. Dziękuję czytelnikom mojego bloga, którzy dotrwali do dzisiaj, jesteście świetni!

Zaczynajmy więc, nie mam wiele czasu. Niedawno skończyłam "Krew Elfów" i zabrałam się za "Czas pogardy". Tutaj, niestety, znów będę musiała przerwać, czeka na mnie "Kordian" Juliusza Słowackiego, łyskając złowrogo ślepiami. To chyba jedyna lektura (nie licząc "Kamizelki" Bolesława Prusa w gimnazjum, której nie przeczytałam na czas tylko dlatego, że po prostu zapomniałam), której nie zmogłam. Teraz muszę to nadrobić, bo matura coraz bliżej...

Już nie wiem, doprawdy, jak mi się układa z Wyzwaniem Książkowym... Zapewne już dawno zawaliłam terminy. Może poradzę sobie z tym inaczej. Będę zapisywać, ile książek muszę przeczytać w danym miesiącu. Tak będzie łatwiej, bo nie zawsze mam czas. W następnym poście załączę podsumowanie stycznia i plan na luty. Dodam też niedługo zdjęcie mojego stosiku książkowego (dla niezorientowanych - ostatnio kupione książki) i zacznę na poważnie podchodzić do Wyzwania. Zamieszczę też listę kryteriów, którą będę na bieżąco uaktualniać.

To chyba tyle na ten moment.
Cytat na dziś:

"- Czy rozumiesz teraz, czym jest neutralność, która tak cię porusza? Być neutralnym to nie znaczy być obojętnym i nieczułym. nie trzeba zabijać w sobie uczuć. Wystarczy zabić w sobie nienawiść."

Może jeszcze jeden:

"- Drwicie sobie za mnie?
- Pod żadnym pozorem. Naprawdę chciałbym uzupełnić luki w wykształceniu.
- Hmmm... Jeśli naprawdę... Czemu nie. Posłuchajcie zatem. Rodzina Hyphydridae, należąca do rzędu Amphipoda, czyli Obunogów, obejmuje cztery znane nauce gatunki. Dwa z nich żyją wyłącznie w wodach tropikalnych. W naszym klimacie spotyka się natomiast, obecnie bardzo rzadko, niewielką Hyphydra longicauda, oraz osiągającą nieco większe rozmiary Hyphydra marginata. Biotopem obu gatunków są wody stojące lub wolno płynące. Są to rzeczywiście gatunki drapieżne, preferujące jako pokarm stworzenia ciepłokrwiste... Macie coś do dodania?
- Chwilowo nie. Słucham z zapartym tchem.
- Tak, hmm... W księgach znaleźć też można wzmianki o podgatunku Pseudohyphydra, żyjącym w bagnistych wodach Angrenu. Jednak ostatnio uczony Bumbler z Aldersbergu dowiódł, że jest to całkowicie odrębny gatunek z rodziny Mordidae, czyli Zagryźców. Żywi się wyłącznie rybami i małymi płazami. Został nazwany Ichtyovorax bumbleri.
- Ma potwór szczęście - uśmiechnął się wiedźmin. - Już po raz trzeci został nazwany.
- Jak to?
- Stwór, o którym mówicie, to żyrytwa, w Starszej Mowie nosząca nazwę cinerea. A jeśli uczony Bumbler twierdzi, że żywi się wyłącznie rybami, to wnoszę, że nigdy nie kąpał się w jeziorku, w którym żyrytwy bytują. Ale pod jednym względem Bumbler ma rację: z żagnicą cinerea ma tyle wspólnego, co ja z lisem. Obaj lubimy jeść kaczuszki."
(oba cytaty pochodzą z powieści "Krew Elfów" Andrzeja Sapkowskiego)
Do przeczytania!

piątek, 29 stycznia 2016

Nie umiem inaczej...

Wiecie... Muszę czytać kolejne tomy sagi o Wiedźminie, przeplatając je innymi książkami. Nie potrafię inaczej. Dzisiaj na przykład przebrnęłam przez kilka zaledwie stron "Krwi Elfów" i coś mnie zablokowało. Nie mogłam zmusić się do przewrócenia kartki. Wtedy pomyślałam o niedawno wypożyczonej przez mamę książce - "DziwNym przYpadku pSa noCną porĄ" Marka Haddona. Przeczytałam ją w niecałe pięć godzin (co pozwoliło mi trochę nadgonić z wyzwaniem). Opowiada o chłopcu cierpiącym na chorobę Aspergera, odmianę autyzmu.

Właściwie dlaczego mówi się na przykład "cierpi na chorobę Aspergera"? Z książki jasno wynika, że Christopher wcale nie odczuwa cierpienia w związku z autyzmem. Wręcz przeciwnie - dzięki temu jest wyjątkowy i potrafi zdziałać o wiele więcej, niż normalny człowiek.
Przez swoją chorobę nie jest gorszy. Jest po prostu... Inny. Wyjątkowy.
Ma odmienny sposób myślenia, to wszystko. Nie ubolewa nad tym, jaki się urodził.

Jutro wracam do "Krwi Elfów".

Cytat na dziś:

"W drodze do szkoły autobus, którym jechałem, minął 4 czerwone samochody jeden po drugim, co oznaczało Dobry Dzień, więc postanowiłem nie smucić się tego dnia Wellingtonem.
Pan Jeavons, szkolny psycholog, spytał mnie kiedyś, dlaczego 4 czerwone jadące jeden po drugim oznaczają Dobry Dzień, 3 czerwone samochody Niezły Dzień, 5 czerwonych samochodów Wspaniały Dzień, a 4 żółte auta Czarny Dzień, czyli taki, w którym do nikogo się nie odzywam, siedzę sam, czytając książki, nie jem lunchu i nie ryzykuję. Powiedział, że zaskoczyłem go tym niezbyt logicznym rozumowaniem, bo uważał mnie za bardzo logiczną osobę.
Odparłem, że lubię, kiedy panuje porządek. Logika zaś jest jednym ze sposobów porządkowania rzeczy. Zwłaszcza w przypadku liczb lub argumentów. Ale rzeczy można porządkować na inne sposoby. Stąd właśnie moje Dobre i Czarne Dni. Jeśli ktoś wychodzi rano z domu do biura i widzi, że świeci słońce, czuje się szczęśliwy, a kiedy widzi, że pada deszcz, robi mu się smutno. Wszystko zależy od pogody. A przecież pracuje w biurze, więc pogoda nie ma nic wspólnego z tym, czy ma dobry, czy zły dzień."
("DziwNy przYpadek pSa noCną porĄ" - Mark Haddon)

wtorek, 26 stycznia 2016

"Tylko trochę poświęcenia."

Witajcie! 

Na początek jeszcze trochę wieści na temat kawki.
Pojechała do Chorzowa, do Fundacji – Ośrodka Rehabilitacji Dzikich Ptaków „Włochatka”, prowadzonej przez wielkiego pasjonata ptactwa – pana Eugeniusza Włochowicza. To bardzo sympatyczny człowiek, który z powołania zajmuje się ratowaniem dzikich ptaków. Trafiają do niego zarówno sowy, jak i zwykłe wróble. Ostatnio dzwoniliśmy do pana Eugeniusza i mamy dobre wieści. Kawka czuje się dobrze, i jest duża nadzieja, że całkowicie wróci do zdrowia.

Dobrze, ale co z książkami? Czytam nadal (cóż, brak czasu) „Miecz przeznaczenia”. Jednym z najsmutniejszych opowiadań z sagi o Wiedźminie jest „Trochę poświęcenia”. Przyznam się, że nawet poleciało kilka łez (więcej spoilerów nie będzie). Mimo wszystko z czystym sumieniem mogę polecić to opowiadanie. Może i jest to bardzo smutna historia, ale zarazem jest jedną z najpiękniejszych.

Szczególnie spodobały mi się dwa opowiadania – „Wieczny ogień” i „Granica możliwości”.

Ze smutkiem stwierdzam, że to tyle na dzisiaj. Nie czuję się na siłach, żeby napisać coś więcej, ale przysięgam, że niedługo dodam naprawdę porządnego posta.


Cytat na dziś:

„Drzwi otwarły się gwałtownie i do kantorka wbiegło coś bez czapki.
- Szczawiór melduje, że wszystko gotowe! – wrzasnęło cienko. – Pyta, czy nalewać?
- Nalewać! – zagrzmiał niziołek [Dainty]. – Natychmiast nalewać!
- Na ryżą brodę starego Rhundurina! – zawył Vimme Vivaldi, gdy tylko za gnomem zamknęły się drzwi. – Nic nie rozumiem! Co tu się dzieje? Co nalewać? W co nalewać?
- Pojęcia nie mam – wyznał Dainty. – Ale interes, Vimme, musi się kręcić.”


Do jutra!


Kawka mruga do was na powitanie!

"Miecz przeznaczenia ma dwa ostrza."

Właśnie w tej chwili udało mi się wreszcie skończyć "Miecz przeznaczenia" i natychmiast zabieram się za "Krew elfów" (lub Elfów - znalazłam różne wersje). Muszę sporo nadrobić.
Mam nadzieję, że pierwszą książkę w sadze będzie czytało się równie miło, co zbiory opowiadań. Zobaczymy.

Na razie tylko tyle, wracam do powieści. Napiszę jeszcze, prawdopodobnie wieczorem.

Cytat na dziś:

"Położył się obok dziewczynki, okrył ją swoją kurtką.
- Śpij - powiedział. - Śpij, mała sierotko.
- Akurat! - zaburczała. - Jestem księżniczką, a nie sierotką. I mam babkę. Moja babka jest królową, nie myśl sobie. Jak jej powiem, że chciałeś mnie zbić pasem, moja babka każe ci ściąć głowę, zobaczysz.
- Potworne! Ciri, miej litość!
- Akurat!
- Jesteś przecież dobrą dziewczynką. Ucinanie głowy okropnie boli. Prawda, że nic nie powiesz?
- Powiem.
- Ciri.
- Powiem, powiem, powiem! Boisz się, co?
- Strasznie. Wiesz, Ciri, jak człowiekowi utną głowę, to można od tego umrzeć.
- Naśmiewasz się?
- Gdzieżbym śmiał."

Bywajcie!

czwartek, 21 stycznia 2016

(Po)ranna kawka?

Dawno nie pisałam, ale cóż... Takie życie w trzeciej klasie. Nie zawsze się da.
Wczoraj miałam przygodę z (po)ranną kawką. Nie mówię tutaj o gorącym (lub mrożonym) napoju pitym rankiem, ale o dzikim ptaku prawdopodobnie ze złamanym skrzydłem i uszkodzoną nogą. Znalazłam wczoraj biedactwo kuśtykające po krawężniku w okolicach przystanku Rybna. Nie mogłam jej tak zostawić. Jeszcze chwila i wpadłaby pod koła samochodu! Ruszyłam na ratunek i odgoniłam ją od ulicy. Obawiałam się jednak, że bez pomocy zginie szybko z głodu lub po prostu zamarznie. Zadzwoniłam więc po tatę (dwie godziny czekania na mrozie) i wspólnie, z pomocą starszego pana o bardzo dobrym sercu, złapaliśmy (po)ranną kawkę. Wsadziliśmy do pudełka (po glanach zresztą) i zanieśliśmy do domu, by się ogrzała. Tam po jakimś czasie zbudowaliśmy jej wygodne mieszkanko w innym, większym pudełku i urządziliśmy przeprowadzkę. Daliśmy jej wodę i ziarno ze smalcem (specjalnie kupione w sklepie zoologicznym). Potem przykryliśmy pudło materiałem (na noc, żeby jej światło nie raziło - musi mieszkać na korytarzu, bo mama ma alergię) i poszliśmy spać. Dzisiaj zdążyliśmy ją już napoić i odpoczywa sobie w pudełku. Niedługo tata zawiezie kawkę do Chorzowa, gdzie ma się nią zaopiekować pewien człowiek, ale jeszcze nic nie wiadomo.
Ja tymczasem, po udanej operacji "Uwolnić Kawkę" (przypominam, ponad dwie godziny bez ruchu na mrozie) jestem chora i zostałam w domu.

Kawka kawką, ale co z książkami? Skończyłam dziś rano "Johnnego i zmarłych" Terry'ego Prattcheta. Z moich obliczeń wynika, że jeśli chcę działać według planu, muszę do dwudziestego czwartego stycznia przeczytać "Miecz przeznaczenia" Andrzeja Sapkowskiego i dokończyć "Bogów na balkonie" Anji Snellman (ewentualnie wybrać jakąś inną lekturę). Nie mam pojęcia, jak to zrobię... Zobaczymy.

Cytat na dziś?
"Mniej więcej dziesięć minut po wyjściu Johnny'ego zadzwonił telefon. Dziadek jak zwykle wrzasnął Telefon! nie spuszczając wzroku z telewizora, który od kilku lat stanowił sens jego życia. Ponieważ nikogo w domu nie było, nikt na wrzask nie zareagował i telefon dzwonił sobie dalej. W końcu, klnąc pod nosem, dziadek wstał i podszedł do aparatu. Nie zauważył, że pilot od telewizora zsunął się między poduszkę a boczną ścianę fotela, gdzie spędził najbliższe czterdzieści osiem godzin.

Tak?... Nie, nie ma go... Skoro wyszedł, to go nie ma. Kto... niech mnie... Nigdy! Nadal robisz sztuczki? Coś cię ostatnio nie widywałem w mieście... Ano prawda, sam niewiele wychodzę. Jak się czujesz? Aha: zmarłeś, rozumiem. Ale wyszedłeś, żeby zadzwonić, ta nauka to teraz cuda robi. Słychać cię, jakbyś był bardzo daleko. Tak, pamiętam ten numer, który prawie ci się udał, ten z kajdankami i workiem. Tak... Tak... Dobrze, powiem mu. To miło, że zadzwoniłeś. Powodzenia.

Dziadek odłożył słuchawkę, wrócił do pokoju i z powrotem zasiadł przed telewizorem.

Po kilku minutach nagle zmarszczył czoło, wstał i podejrzliwie obejrzał stojący w korytarzu telefon."
("Johnny i zmarli" Terry'ego Pratchetta)

Do jutra!

wtorek, 19 stycznia 2016

Pratchett na balkonie? Coś nie tak!

Witajcie, witajcie, witajcie!

Ostatnimi czasy nie udaje mi się regularnie dodawać postów. To przez maturę i brak czasu z nią związany. Staram się pisać, kiedy tylko mam okazję.

Wkrótce odpowiem na najnowsze komentarze. Tak, widziałam je i jest mi bardzo miło, ale na komentarz zwrotny będziecie musieli jeszcze trochę poczekać.

Co do wyzwań książkowych, mała zmiana planów. Jestem  w trakcie czytania „Bogów na balkonie” Anji Snellman na DKK. Ciekawa, choć skomplikowana początkowo fabuła wciąga, ale nie jest to lektura łatwa. Niestety wpływa na mnie dość przygnębiająco, a ostatnio takie wrażenia nie są u mnie wskazane, bo i bez tego łatwo się dołuję. Więc, chociaż bardzo tego nie lubię, postanowiłam odłożyć tę książkę na jakiś czas. Na pewno do niej wrócę, bo nie porzucam raz zaczętej powieści.

Obecnie zmieniam jednak front i zabieram się za powieść jednego z moich ulubionych pisarzy -  Terry’ego Pratchetta. Dziś właśnie dostałam od mamy „Johnnego i zmarłych” (stosik książkowy!), zabieram się więc do czytania z nową energią. Naprawdę polecam jego książki, szczególnie tym zdołowanych, smutnym, czy po prostu przemęczonym. Niepowtarzalny humor, ciekawi bohaterowie… No cóż, trzeba się przekonać na własnej skórze. Na początek proponuję „Piekło pocztowe”.



Cytat na dziś?

„Susan była dostatecznie inteligentna, by wiedzieć, że zdanie Ktoś musi coś z tym zrobić samo w sobie niewiele znaczy. Ludzie, którzy je wypowiadają, nigdy nie kończą a tym kimś jestem ja.”
(„Wiedźmikołaj" Terry’ego Pratchetta)

Howgh!

niedziela, 17 stycznia 2016

Książkowe kącikowanie i studniówka

Witam wszystkich.
Dziękuję, że jesteście mimo mojej nieobecności. Niestety - trzecia klasa to nie przelewki. Wcześniej nie pisałam, ponieważ byłam na skraju wycieńczenia, wczoraj natomiast miałam studniówkę. Bawiłam się doskonale. Był to niezapomniany wieczór. Jednak tańce do czwartej (lub piątej, nie wiem dokładnie) nad ranem dają w kość i dziś czuję się bardzo zmęczona... Jednakże postanowiłam wypełnić obowiązki i dodać posta, z czego, zapewne, choć trochę się ucieszycie.

Powiem wam coś. Powoli sypie się mój dwuletni plan książkowy. Wczoraj miałam skończyć "Bogów na balkonie, tymczasem jestem dopiero na osiemdziesiątej czwartej stronie (z dwustu pięćdziesięciu trzech). Jednak jest nadzieja. Następną książką jest "Miecz przeznaczenia", czyli kolejny zbiór opowiadań Sapkowskiego. Mam wrażenie, że przeczytam to szybciej, niż normalną lekturę, więc nawet, jeśli "Bogów na balkonie" skończę dopiero jutro, to uda mi się nadrobić i wyjdę na prostą.

Niedługo dodam listę wszystkich kryteriów do Wyzwania 2016-2017 i będę odkreślać te już spełnione.

Jeszcze jedno. W celu ułatwienia (i umilenia) sobie czytania, wybudowałam w rogu pokoju Kącik Książkowy z odpowiednim oświetleniem, wygodnym posłaniem i kocem w roli zasłony zapewniającej mi przestrzeń prywatną. Jest tam bardzo przytulnie i miło, a obraz Kącika zachęca do czytania.

Cytat na dziś:

"Wskutek tamtej decyzji młodsza siostrzyczka Anyżki do tej pory nie umiała po fińsku, jeżeli nie liczyć dzień dobry, spadaj i adresu zamieszkania."

Niedługo znowu się odezwę. Wyczekujcie i bądźcie cierpliwi ("Bądź cierpliwa jak papier...")
Houk!

czwartek, 14 stycznia 2016

"Krainom, których nie ma na żadnej mapie"

Jednak wczoraj nie udało mi się dodać posta. Ale dziękuję za odwiedziny tych wszystkich, którzy śledzą blog codziennie, mimo przerw w pisaniu.
Dzisiaj rano przeczytałam ostatnie trzy procent "Roku 1984". Nie powiem wam, jak się kończy, nie bójcie się. Tym, którzy lubią spoilery (punkt piąty na stronie, do której prowadzi link), polecam inne źródła wiedzy.

Teraz mam niecałe trzy dni na połknięcie ponad dwusto pięćdziesięciowego tomiszcza "Bogowie na balkonie"... Ale co to dla mnie? Osiemdziesiąt cztery strony dziennie? Phi, malutko. Spokojnie się wyrobię.

Cytat na dziś?

"Nie wszystkie wiatry można zrozumieć
Nie wszystkim wiatrom można zaufać
Są takie, co kradną ludzkie westchnienia
Są takie, co omijają kobiety z daleka
Są wiatry próżne, co ubierają się wyłącznie w czerwień
Są wiatry, co żyją pięćdziesiąt dni,
Są wiatry, co żyją tylko jeden wieczór
Są wiatry, co niosą spadających"

Wstęp do "Bogów na balkonie" Anji Snellman.

Do jutra (lub dzisiaj, jeśli się uda)!

wtorek, 12 stycznia 2016

Porażka?

Witajcie!
Niestety, znów tylko krótka notka... Ale jutro dodam coś porządnego.
Nie udało mi się przeczytać "Roku 1984" w terminie (licząc od pierwszego stycznia mam cztery dni na jedną książkę). Jutro dokończę i szybko zabiorę się za kolejną. Tym razem jestem zdeterminowana, by zdążyć na czas (według planu - do szesnastego stycznia).
Tak a'propos - niestety nie jest mi dane wrócić do sagi o Wiedźminie. Czeka mnie jeszcze jedna książka - "Bogowie na balkonie" Anji Snellman. Będziemy przerabiać tę lekturę na spotkaniu DKK (Dyskusyjnego Klubu Książki) w Czeladzi. Zobaczymy, czy przypadnie mi do gustu.

Cytat na dziś?

"Może wariat to po prostu członek jednoosobowej mniejszości."

Może jeszcze jeden:

"Normalność nie jest kwestią statystyki."

Oba cytaty pochodzą z "Roku 1984" George'a Orwella.

Do przeczytania jutro!