Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blog. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blog. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 lipca 2017

Wielki Powrót i sprawozdanie z sesji

Jak ten czas leci... No właśnie, jak? Czy ktokolwiek się nad tym zastanawiał? Czy czas ma skrzydła? A może idzie do kasy, przechodzi odprawę i wsiada na pokład samolotu? Nie wmówicie mi, że ma prywatny helikopter!

Dobrze, żarty żartami, ale mówią, że im więcej robi się dygresji, tym ma się starszy umysł. W takim razie, ja mam co najmniej dwieście lat, tak na co dzień. I widzicie, drodzy czytelnicy (mam jeszcze jakichś?), znów odbiegam od tematu.
Teraz już tak na poważnie. Porzuciłam bloga, nie było siły. Studia, mnóstwo nauki, przeklęta, prześladująca mnie od czasów dziecięcych, gramatyka. I potwór najgorszy ze wszystkich - SESJA.

Co piszczy w trawie, czyli jak wygląda sesja?

Sesja egzaminacyjna - brzmi i wygląda strasznie - a wcale taka straszna nie jest. Owszem, wyczerpuje, psychicznie i fizycznie, pojawiają się wątpliwości i przekleństwa kierowane do wszystkich teoretycznie istniejących (a także tych nieistniejących) bóstw, załamania nerwowe, depresja, stany lękowe... Ale to wszystko da się przeżyć.

Najgorszy jest zawsze pierwszy raz. I sesja ustna. W dodatku nieplanowana. Już wyjaśniam, o co chodzi. Miałam tamtego czasu pozaliczane już wszystkie przedmioty - z wyjątkiem przeklętej gramatyki. Gramatyka stanęła mi kością w gardle i ani jej przełknąć, ani wypluć. Tkwi. Dzielnie więc chodziłam za naszą legendarną profesorką (nazwiska nie podam, jeszcze mnie znajdzie i ukatrupi), a ona łaskawie pozwalała mi poprawiać przeraźliwej długości i trudności kolokwia, raz po raz. Aż przyszedł ten dzień. Dzień, w którym dowiedziałam się, że dostanę zaliczenie z przedmiotu, jeśli tylko (sic!) pokonam kolokwium podsumowujące z całego semestru gramatyki. Zanim się obejrzałam, siedziałam nad książkami i kułam na potęgę. Mój kręgosłup nie był zadowolony z ośmiu godzin spędzonych w bezruchu, ale dopięłam swego. ZDAŁAM KOLOKWIUM. Ale, ale, nie tak prędko. Najpierw musiałam poczekać, aż zostanie sprawdzone. A był już czas najwyższy - jutro miałam iść na sesję ustną. Dowiedziałam się w końcu po południu (oczywiście musiałam wysiedzieć swoje kilka godzin przed gabinetem szanownej pani profesor), że udało mi się zaliczyć, ponadto, udało mi się zaliczyć z NIEZŁYM rezultatem! Poważnie, zrobiłam tylko kilka karygodnych błędów, kując przez osiem godzin coś, czego nienawidzę. Czego chcieć więcej?

Egzamin ustny

Dobrze, świetnie, mogę podchodzić do sesji! Świetnie? Dobrze? No, nie bardzo. Byłam przekonana, że nie zaliczę kolokwium, więc o przyszłości myślałam na spokojnie - wywalą mnie z uczelni i będzie trzeba czekać na nowe terminy rekrutacji. Luz blues. Już mi wszystko jedno, i tak nic nie zmienię. A tu - niespodzianka. Mogę zdawać ustny egzamin. Wielkie zdziwienie i... w płacz. Nie poradzę sobie. No bo jak to? Nawet nie będę mogła zdawać z moim chłopakiem, bo już wcześniej ta sama ukochana profesor gramatyki dała mu jasno do zrozumienia, że nie zdąży na czas wszystkiego poprawić (Co zresztą nie było prawdą, według praw uczelni, ale o tym innym razem). Wielkie wahanie - podchodzić, nie podchodzić? Podeszłam. Raz się żyje. Na szczęście pod ręką miałam uczynnego kolegę, który zgodził się zdawać ze mną.
Nadszedł wielki dzień. Stres od rana niewyobrażalny. Chłopaka zostawiłam w domu, żeby nie rozpraszał i potuptałam na uczelnię. Poczekaliśmy do odpowiedniej godziny i... Można wchodzić w parach w dowolnej kolejności. Nikt się nie kwapił - więc poszliśmy - na pierwszy ogień, żeby mieć z głowy. O tym, co działo się za drzwiami sali wam nie opowiem. Nie, nie, to żadna tajemnica. Coś bardzo błahego - nie pamiętam nic. Stres wyparł.

Pamiętam jednak, że nie było tak źle, jak się spodziewałam, mimo oceniających spojrzeń komisji i notatek czynionych w każdej sekundzie mojej wypowiedzi (dodam, że kolega bardziej wygadany i nie popełniał błędów przy mówieniu - i oczywiście przy jego wypowiedziach nic nie zapisywano - dodatkowy stres, wszystko mam źle, zaraz wybiegnę z płaczem). Dałam radę. Poprawka, daliśmy radę, bo kolega uspokajał i pocieszał, generalnie wspierał po swojemu. Dobra - ustny egzamin, teraz już z górki.

Egzamin pisemny

Niby wszystko cacy, ale coś nie gra. Mamy tam siedzieć dziewięć godzin?! Tak, tak, dobrze przeczytaliście. Dziewięć godzin na uczelni, w ekstremalnie niewygodnym stroju galowym... I ze świeżym umysłem podchodzić do każdego egzaminu... Realia studiów, niestety. Egzamin, przerwa, egzamin, przerwa, egzamin...  I tak dalej. Egzaminy były długie, a to był dopiero pierwszy dzień. Szkoda opisywać reszty, wyglądała podobnie.

Nareszcie koniec. Koniec trudów i mąk! Wolność. Czekamy na wyniki, uczęszczając w tym czasie na zajęcia drugiego semestru. Gdzie jest haczyk? No właśnie.

Haczyk, czyli czemu mnie ostatecznie wywalili

Otóż chodzi o to, że są dwa terminy sesji - normalny termin i sesja poprawkowa. ALE. Jeśli student z jakiegoś powodu nie podejdzie do sesji w pierwszym terminie, termin sesji poprawkowej staje się automatycznie jego pierwszym i ostatnim terminem. Ja natomiast nie zdążyłam zaliczyć wszystkich przedmiotów do pierwszego terminu sesji, więc moja pierwsza i ostatnia szansa na zdanie to termin poprawki. No i tu na moim losie zaważyła... taaak, gramatyka! Ucząc się bowiem pilnie, by pozaliczać kolokwia z tego wspaniałego przedmiotu, nie miałam czasu nawet zajrzeć do książek tudzież notatek z innych przedmiotów. I w ten sposób nie zaliczyłam sesji. Nie miałam kiedy się do niej uczyć, ponieważ walczyłam, żeby w ogóle do niej podejść. I tu się kończy moja ciekawa i obfitująca w wydarzenia (bardziej, niżbym chciała) historia pierwszego podejścia do studiów.

Potem się załamałam, nie miałam serca wracać na bloga, nie miałam serca do niczego. Dopiero teraz złapałam wenę w żagle i postanowiłam wrócić. Aktualnie czekam na wyniki rekrutacji (mają się pojawić trzynastego lipca, trzymajcie kciuki), już nie na KMT, ale na podobny kierunek, nastawiony jednak bardziej na kulturę i literaturę, a mniej na media.

(Notka dla ciekawskich: KMT = kultura - media - translacja
KAOJ = kultura i literatura angielskiego obszaru językowego)

Startuję też równolegle na dwa inne kierunki (moja furtka bezpieczeństwa, gdybym nie dostała się na KAOJ): specjalność nauczycielska z informatyką oraz tłumaczeniowa z językami Indii.

Ależ się rozpisałam! A to dopiero wierzchołek góry lodowej tego, co chciałam opowiedzieć.
Ale będzie po temu dużo okazji, będę tu wracać co piątek (chyba, że wena złapie mnie wcześniej, ale w piątki możecie sprawdzać bloga).

Na koniec - wreszcie zabrałam się za Sienkiewicza! "Ogniem i mieczem" już za mną, aktualnie czytam "Potop"... Ale więcej informacji w następnym poście! Trzymajcie się i uwaga na chrabąszcze czerwcowe... yyyy, majowe.

piątek, 10 czerwca 2016

Dziś troszkę inaczej.

W dzisiejszym poście napiszę nie o książkach, ale o introwertyzmie i niechęci do ludzi. Co skłoniło mnie do wybrania takiego tematu? Przede wszystkim moje wyczerpanie po powrocie do domu, kiedy jestem zmuszona obcować z istotami tego samego gatunku. W drugiej kolejności fobia społeczna, której nabawiłam się przez pewną panią kilka lat temu, a którą staram się zwalczać.

Ale, ale, o czym chciałam napisać? Na początek wytłumaczę, dlaczego zawsze noszę przy sobie książkę. Ten wykres przedstawia to idealnie:


(DLACZEGO ZAWSZE NOSISZ PRZY SOBIE KSIĄŻKĘ:
*PONIEWAŻ CHOLERNIE LUBISZ CZYTAĆ
*PONIEWAŻ CHCESZ ZNIECHĘCIĆ LUDZI, ŻEBY DO CIEBIE ZAGADYWALI)

Dzięki temu uświadomiłam sobie, że tak rzeczywiście jest i ze mną. Może i wy też odkryjecie coś takiego?

Co następne? Może kilka słów o nas, introwertykach. Wielu ekstrawertyków sądzi, że nie lubimy ludzi, stronimy od nich. Otóż nie. Chodzi o to, że czerpiemy energię z bycia samemu (ewentualnie wśród najbliższych), a wykorzystujemy ją pośród ludzi. Ekstrawertycy mają odwrotnie. Kiedy są sami, zużywają energię, a "ładują bateryjki" przebywając wśród innych. Na tym polega najważniejsza różnica.

Teraz słów kilka o postępowaniu z nami, introwertykami. Otóż jeśli, dajmy na to, znajdujemy się w pokoju, do którego wchodzi taka osoba, przywitajmy się z nią grzecznie, ale nie próbujmy zagadać. Jeśli mamy coś istotnego, powiedzmy to zwięźle. Introwertycy nie chcą tracić czasu na bezsensowne rozmowy.
Następnie wróćmy do swoich zajęć. To najlepsza opcja.

Na koniec kilka porad. Nie wymagaj od introwertyków, by zużywali na ciebie cenną energię, jeśli nie jest to absolutnie konieczne. Introwetycy także mogą czuć się samotni. Nie traktuj ciszy jako zniewagi - tak nie jest!

[źródło: Dr Carmella radzi: jak zrozumieć introwertyka]

To tyle na dziś. Mam nadzieję, że te rady przydadzą się komuś.

Do przeczytania!

sobota, 28 maja 2016

Dobra nowina: Nie umarłam!

Nie zgadniecie... Angielski ustny zaliczony na równiutkie 100%!
Nie mogłam uwierzyć.

Miało być o "Eonie"... Tak, racja. Problem tylko w tym, że miałam dość fantastyki i nie dałam rady dokończyć drugiej części... Napiszę o cyklu, kiedy będę mieć pełny obraz historii, a tymczasem... "Szklane smoki" Sean McMullena. Kolejna powieść fantasy. Na początku musiałam się zmuszać do czytania, ale teraz... Skończę książkę zanim się obejrzę.
Potem zabieram się (zgodnie z obietnicą daną mojemu chłopakowi) za "Panią Jeziora, potem zaś za "Sezon burz".
Napiszę wkrótce.
Bywaj. (jakby to powiedział Geralt z serii gier)

Cytat?
Proszę bardzo. Nawe trzy.
Wszystkie ze "Szklanych smoków".

"Zapadła cisza tak brzemienna w znaczenia, że powinna pojawić się akuszerka."

"Teraz pytanie. Powóz spalony, zostali tylko zwiadowcy i są zapędzeni w róg. Atakujesz szklanego smoka, żeby ocalić zwiadowców. Potem wracasz po mnie, brudnego, pijanego potwora.
- To był mój obowiązek...
- Jądra!
- Chyba miałaś na myśli jaja.
- Tak, jaja sobie robisz! Jaki był prawdziwy powód?"

"- Problemy, problemy, nic, tylko przeklęte problemy!
- Wszyscy mają problemy - odparł Andry. - My mamy także miłość.
- Prawda. Inni mają wiele problemów, ale bez miłości."

środa, 20 kwietnia 2016

Czarno - biały świat "Na drugą stronę"

Cześć, to znowu ja! Miałam przerwę w pisaniu, ale... Drżyjcie śmiertelnicy, albowiem oto powróciłam! MU-HA-HA-HA-ekhem... Kłaczek?

Dobra, dobra, do rzeczy. Jesteście gotowi na recenzję "Na drugą stronę" Anny Kendal?


Na początek może... O czym jest właściwie ta książka? Głównym bohaterem jest chłopiec o imieniu Roger, który ma pewien niepokojący dar - potrafi przechodzić do Krainy Umarłych. Jego ojciec wykorzystuje ten fakt, torturując chłopaka. Jednak pewnej nocy życie Rogera się odmienia i utalentowane dziecko trafia na dwór Młodej Królowej. To, co tam przeżyje, wypali w jego umyśle piętno.

Powieść ''Na drugą stronę" opowiada o radzeniu sobie z cierpieniem po utracie kogoś, kogo się kocha, o miłości, która czasem jest ślepa i o ludziach, którzy jej nie dostrzegają. O wybaczaniu, przyjaźni i nienawiści. O tym, jak ważni są rodzice. A także o tym, jaki sens ma każde nasze działanie.

Jeśli chodzi o bohaterów... Tutaj różnie. Główny bohater nieco denerwujący, szczególnie w niektórych momentach... Właściwie nikt tam nie był do końca dobry ani do końca zły... Nawet ojciec Rogera!

Podsumowując - polecam każdemu tę książkę, ale nie oczekujcie wiele od głównego bohatera.

Do przeczytania!

czwartek, 31 marca 2016

Jak zamienić się w karalucha, czyli "Sklepy cynamonowe"...

Spodziewacie się pewnie teraz, że napiszę recenzję (lub chociaż parę słów) o dziele Bruna Schulza. A jednak nie! Dopiero we wtorek napiszę. Wtedy bowiem mam lekcję polskiego, na której pani wytłumaczy mi, co autor miał na myśli. Ponieważ takie sceny, jak strach przed nóżką damską w czarnym pantofelku czy zamiana w karakana... No cóż, myślę, że mają jednak swoje drugie dno. Taką mam przynajmniej nadzieję.

"Dozorcy odebrali mu mapę, naturalnie, prawdopodobnie wtedy, kiedy zajmował się byciem martwym. To była dobra mapa i studiując ją, pan Wilkinson i jego koledzy wiele się dowiedzą o szyfrowaniu, geografii i zdradzieckiej kartografii. Nie znajdą na niej lokalizacji około 150 tysięcy dolarów w rozmaitych walutach, ponieważ mapa była całkowitą i wyrafinowaną fikcją. Jednakże Moista ogarniało przyjemne ciepło na myśl o tym, że na pewien czas posiądą oni największy ze wszystkich skarbów, jakim jest Nadzieja. Jego zdaniem każdy, kto nie potrafi normalnie zapamiętać, gdzie ukrył takie wielkie skarby, zasługuje na ich utratę."
("Piekło pocztowe" Terry'ego Pratchetta)

Tymczasem... Wypożyczyłam z biblioteki pięć nowych książek. Oto ich tytuły:
  • "Portret Doriana Graya" Oscara Wilde
  • "Dzieci demonów" J. M. McDermott'a
  • "Na drugą stronę" Anny Kendall
  • "Niuch" Terry'ego Partchetta
  • "Ludzie - powieść dla Ziemian" Matta Haiga

Niestety porzucam na czas pewien "Panią jeziora" Andrzeja Sapkowskiego... Z tego, co mi mówiono, czeka tam na mnie pewne tragiczne wydarzenie (nie wiem tylko jakie), a jako że ostatnio mam trochę problemów z radzeniem sobie z życiem, postanowiłam nie narażać się na razie na dodatkowe cierpienia. Jeszcze wrócę do "Pani jeziora", ale muszę najpierw uporządkować nieco własne życie.

Jeszcze jedno. "Portret Doriana Graya" (niemający nic wspólnego z "Pięćdziesięcioma twarzami") ma zaledwie sto siedemdziesiąt stron, jestem już na setnej, także najpóźniej jutro przeczytam. Napiszę wtedy recenzję i zabiorę się za "Dzieci demonów" lub "Ludzi - powieść dla Ziemian". A już we wtorek

Serdecznie pozdrawiam stałych czytelników, jak i tych nowo przybyłych.
Do przeczytania!

niedziela, 27 marca 2016

"Wesołego królika, co po stole bryka!"

Witam, witam!
Dziś krótko. Chciałam życzyć wszystkim wesołych świąt wielkanocnych, smacznego jajka i tak dalej... Sami już wiecie najlepiej. Pod spodem wstawiam krótki komiks mojego autorstwa pod tytułem "I tak się rodzą czytelnicy". Przeczytamy się już niebawem! Postaram się już jutro opisać "Sklepy cynamonowe" Bruna (Bruno?) Schulza.
Na razie jednak muszę was pożegnać.

Swoją drogą... Ciekawe, że od zawsze jest zajączek wielkanocny, tak wiele istnieje wierszyków o króliku... Dziwne, prawda? Może ludzie nie odróżniają?



piątek, 5 lutego 2016

Nadszedł "Czas pogardy"!

Czas pogardy? Ale dla kogo? No cóż... Jeśli tak dalej pójdzie, to dla mnie. Mija siódmy dzień, odkąd napisałam ostatniego posta. Wybaczcie, naprawdę jestem teraz bardzo zapracowana, a kiedy się nie uczę, zasypiam. Dziś, na szczęście, wreszcie udało mi się zaanektować dla siebie dziesięć minut wolnego czasu. Dziękuję czytelnikom mojego bloga, którzy dotrwali do dzisiaj, jesteście świetni!

Zaczynajmy więc, nie mam wiele czasu. Niedawno skończyłam "Krew Elfów" i zabrałam się za "Czas pogardy". Tutaj, niestety, znów będę musiała przerwać, czeka na mnie "Kordian" Juliusza Słowackiego, łyskając złowrogo ślepiami. To chyba jedyna lektura (nie licząc "Kamizelki" Bolesława Prusa w gimnazjum, której nie przeczytałam na czas tylko dlatego, że po prostu zapomniałam), której nie zmogłam. Teraz muszę to nadrobić, bo matura coraz bliżej...

Już nie wiem, doprawdy, jak mi się układa z Wyzwaniem Książkowym... Zapewne już dawno zawaliłam terminy. Może poradzę sobie z tym inaczej. Będę zapisywać, ile książek muszę przeczytać w danym miesiącu. Tak będzie łatwiej, bo nie zawsze mam czas. W następnym poście załączę podsumowanie stycznia i plan na luty. Dodam też niedługo zdjęcie mojego stosiku książkowego (dla niezorientowanych - ostatnio kupione książki) i zacznę na poważnie podchodzić do Wyzwania. Zamieszczę też listę kryteriów, którą będę na bieżąco uaktualniać.

To chyba tyle na ten moment.
Cytat na dziś:

"- Czy rozumiesz teraz, czym jest neutralność, która tak cię porusza? Być neutralnym to nie znaczy być obojętnym i nieczułym. nie trzeba zabijać w sobie uczuć. Wystarczy zabić w sobie nienawiść."

Może jeszcze jeden:

"- Drwicie sobie za mnie?
- Pod żadnym pozorem. Naprawdę chciałbym uzupełnić luki w wykształceniu.
- Hmmm... Jeśli naprawdę... Czemu nie. Posłuchajcie zatem. Rodzina Hyphydridae, należąca do rzędu Amphipoda, czyli Obunogów, obejmuje cztery znane nauce gatunki. Dwa z nich żyją wyłącznie w wodach tropikalnych. W naszym klimacie spotyka się natomiast, obecnie bardzo rzadko, niewielką Hyphydra longicauda, oraz osiągającą nieco większe rozmiary Hyphydra marginata. Biotopem obu gatunków są wody stojące lub wolno płynące. Są to rzeczywiście gatunki drapieżne, preferujące jako pokarm stworzenia ciepłokrwiste... Macie coś do dodania?
- Chwilowo nie. Słucham z zapartym tchem.
- Tak, hmm... W księgach znaleźć też można wzmianki o podgatunku Pseudohyphydra, żyjącym w bagnistych wodach Angrenu. Jednak ostatnio uczony Bumbler z Aldersbergu dowiódł, że jest to całkowicie odrębny gatunek z rodziny Mordidae, czyli Zagryźców. Żywi się wyłącznie rybami i małymi płazami. Został nazwany Ichtyovorax bumbleri.
- Ma potwór szczęście - uśmiechnął się wiedźmin. - Już po raz trzeci został nazwany.
- Jak to?
- Stwór, o którym mówicie, to żyrytwa, w Starszej Mowie nosząca nazwę cinerea. A jeśli uczony Bumbler twierdzi, że żywi się wyłącznie rybami, to wnoszę, że nigdy nie kąpał się w jeziorku, w którym żyrytwy bytują. Ale pod jednym względem Bumbler ma rację: z żagnicą cinerea ma tyle wspólnego, co ja z lisem. Obaj lubimy jeść kaczuszki."
(oba cytaty pochodzą z powieści "Krew Elfów" Andrzeja Sapkowskiego)
Do przeczytania!

piątek, 29 stycznia 2016

Nie umiem inaczej...

Wiecie... Muszę czytać kolejne tomy sagi o Wiedźminie, przeplatając je innymi książkami. Nie potrafię inaczej. Dzisiaj na przykład przebrnęłam przez kilka zaledwie stron "Krwi Elfów" i coś mnie zablokowało. Nie mogłam zmusić się do przewrócenia kartki. Wtedy pomyślałam o niedawno wypożyczonej przez mamę książce - "DziwNym przYpadku pSa noCną porĄ" Marka Haddona. Przeczytałam ją w niecałe pięć godzin (co pozwoliło mi trochę nadgonić z wyzwaniem). Opowiada o chłopcu cierpiącym na chorobę Aspergera, odmianę autyzmu.

Właściwie dlaczego mówi się na przykład "cierpi na chorobę Aspergera"? Z książki jasno wynika, że Christopher wcale nie odczuwa cierpienia w związku z autyzmem. Wręcz przeciwnie - dzięki temu jest wyjątkowy i potrafi zdziałać o wiele więcej, niż normalny człowiek.
Przez swoją chorobę nie jest gorszy. Jest po prostu... Inny. Wyjątkowy.
Ma odmienny sposób myślenia, to wszystko. Nie ubolewa nad tym, jaki się urodził.

Jutro wracam do "Krwi Elfów".

Cytat na dziś:

"W drodze do szkoły autobus, którym jechałem, minął 4 czerwone samochody jeden po drugim, co oznaczało Dobry Dzień, więc postanowiłem nie smucić się tego dnia Wellingtonem.
Pan Jeavons, szkolny psycholog, spytał mnie kiedyś, dlaczego 4 czerwone jadące jeden po drugim oznaczają Dobry Dzień, 3 czerwone samochody Niezły Dzień, 5 czerwonych samochodów Wspaniały Dzień, a 4 żółte auta Czarny Dzień, czyli taki, w którym do nikogo się nie odzywam, siedzę sam, czytając książki, nie jem lunchu i nie ryzykuję. Powiedział, że zaskoczyłem go tym niezbyt logicznym rozumowaniem, bo uważał mnie za bardzo logiczną osobę.
Odparłem, że lubię, kiedy panuje porządek. Logika zaś jest jednym ze sposobów porządkowania rzeczy. Zwłaszcza w przypadku liczb lub argumentów. Ale rzeczy można porządkować na inne sposoby. Stąd właśnie moje Dobre i Czarne Dni. Jeśli ktoś wychodzi rano z domu do biura i widzi, że świeci słońce, czuje się szczęśliwy, a kiedy widzi, że pada deszcz, robi mu się smutno. Wszystko zależy od pogody. A przecież pracuje w biurze, więc pogoda nie ma nic wspólnego z tym, czy ma dobry, czy zły dzień."
("DziwNy przYpadek pSa noCną porĄ" - Mark Haddon)

wtorek, 26 stycznia 2016

"Tylko trochę poświęcenia."

Witajcie! 

Na początek jeszcze trochę wieści na temat kawki.
Pojechała do Chorzowa, do Fundacji – Ośrodka Rehabilitacji Dzikich Ptaków „Włochatka”, prowadzonej przez wielkiego pasjonata ptactwa – pana Eugeniusza Włochowicza. To bardzo sympatyczny człowiek, który z powołania zajmuje się ratowaniem dzikich ptaków. Trafiają do niego zarówno sowy, jak i zwykłe wróble. Ostatnio dzwoniliśmy do pana Eugeniusza i mamy dobre wieści. Kawka czuje się dobrze, i jest duża nadzieja, że całkowicie wróci do zdrowia.

Dobrze, ale co z książkami? Czytam nadal (cóż, brak czasu) „Miecz przeznaczenia”. Jednym z najsmutniejszych opowiadań z sagi o Wiedźminie jest „Trochę poświęcenia”. Przyznam się, że nawet poleciało kilka łez (więcej spoilerów nie będzie). Mimo wszystko z czystym sumieniem mogę polecić to opowiadanie. Może i jest to bardzo smutna historia, ale zarazem jest jedną z najpiękniejszych.

Szczególnie spodobały mi się dwa opowiadania – „Wieczny ogień” i „Granica możliwości”.

Ze smutkiem stwierdzam, że to tyle na dzisiaj. Nie czuję się na siłach, żeby napisać coś więcej, ale przysięgam, że niedługo dodam naprawdę porządnego posta.


Cytat na dziś:

„Drzwi otwarły się gwałtownie i do kantorka wbiegło coś bez czapki.
- Szczawiór melduje, że wszystko gotowe! – wrzasnęło cienko. – Pyta, czy nalewać?
- Nalewać! – zagrzmiał niziołek [Dainty]. – Natychmiast nalewać!
- Na ryżą brodę starego Rhundurina! – zawył Vimme Vivaldi, gdy tylko za gnomem zamknęły się drzwi. – Nic nie rozumiem! Co tu się dzieje? Co nalewać? W co nalewać?
- Pojęcia nie mam – wyznał Dainty. – Ale interes, Vimme, musi się kręcić.”


Do jutra!


Kawka mruga do was na powitanie!

wtorek, 19 stycznia 2016

Pratchett na balkonie? Coś nie tak!

Witajcie, witajcie, witajcie!

Ostatnimi czasy nie udaje mi się regularnie dodawać postów. To przez maturę i brak czasu z nią związany. Staram się pisać, kiedy tylko mam okazję.

Wkrótce odpowiem na najnowsze komentarze. Tak, widziałam je i jest mi bardzo miło, ale na komentarz zwrotny będziecie musieli jeszcze trochę poczekać.

Co do wyzwań książkowych, mała zmiana planów. Jestem  w trakcie czytania „Bogów na balkonie” Anji Snellman na DKK. Ciekawa, choć skomplikowana początkowo fabuła wciąga, ale nie jest to lektura łatwa. Niestety wpływa na mnie dość przygnębiająco, a ostatnio takie wrażenia nie są u mnie wskazane, bo i bez tego łatwo się dołuję. Więc, chociaż bardzo tego nie lubię, postanowiłam odłożyć tę książkę na jakiś czas. Na pewno do niej wrócę, bo nie porzucam raz zaczętej powieści.

Obecnie zmieniam jednak front i zabieram się za powieść jednego z moich ulubionych pisarzy -  Terry’ego Pratchetta. Dziś właśnie dostałam od mamy „Johnnego i zmarłych” (stosik książkowy!), zabieram się więc do czytania z nową energią. Naprawdę polecam jego książki, szczególnie tym zdołowanych, smutnym, czy po prostu przemęczonym. Niepowtarzalny humor, ciekawi bohaterowie… No cóż, trzeba się przekonać na własnej skórze. Na początek proponuję „Piekło pocztowe”.



Cytat na dziś?

„Susan była dostatecznie inteligentna, by wiedzieć, że zdanie Ktoś musi coś z tym zrobić samo w sobie niewiele znaczy. Ludzie, którzy je wypowiadają, nigdy nie kończą a tym kimś jestem ja.”
(„Wiedźmikołaj" Terry’ego Pratchetta)

Howgh!

czwartek, 17 grudnia 2015

Zakochana w cytatach

W tym poście opowiem trochę o cytatach. Tak, jestem ich miłośniczką.
"Cieszę się, że mam odpowiednią sentencję na każdą okazję" - krąży mi to zdanie po głowie, kojarzy się z Albusem Dumbledorem (dla niezorientowanych - dyrektorem Hogwartu w serii książek o Harrym Potterze - więcej informacji tutaj: https://www.pottermore.com/explore-the-story/albus-dumbledore i tutaj http://pl.harrypotter.wikia.com/wiki/Albus_Dumbledore oraz tu https://pl.m.wikipedia.org/wiki/Albus_Dumbledore), ale nigdzie nie mogę go znaleźć... Jednak jedno jest pewne - ten cytat idealnie mnie opisuje. Nawet rodzice tak o mnie mówią.
Ja po prostu dużo czytam i mam dobrą pamięć, to wszystko.
Od tej pory będę dodawać (w miarę możliwości) cytat na końcu każdego posta. Na razie nie mam nic więcej do napisania. Zachęcam do czytania mojego bloga.