piątek, 7 lipca 2017
Wielki Powrót i sprawozdanie z sesji
Dobrze, żarty żartami, ale mówią, że im więcej robi się dygresji, tym ma się starszy umysł. W takim razie, ja mam co najmniej dwieście lat, tak na co dzień. I widzicie, drodzy czytelnicy (mam jeszcze jakichś?), znów odbiegam od tematu.
Teraz już tak na poważnie. Porzuciłam bloga, nie było siły. Studia, mnóstwo nauki, przeklęta, prześladująca mnie od czasów dziecięcych, gramatyka. I potwór najgorszy ze wszystkich - SESJA.
Co piszczy w trawie, czyli jak wygląda sesja?
Sesja egzaminacyjna - brzmi i wygląda strasznie - a wcale taka straszna nie jest. Owszem, wyczerpuje, psychicznie i fizycznie, pojawiają się wątpliwości i przekleństwa kierowane do wszystkich teoretycznie istniejących (a także tych nieistniejących) bóstw, załamania nerwowe, depresja, stany lękowe... Ale to wszystko da się przeżyć.
Najgorszy jest zawsze pierwszy raz. I sesja ustna. W dodatku nieplanowana. Już wyjaśniam, o co chodzi. Miałam tamtego czasu pozaliczane już wszystkie przedmioty - z wyjątkiem przeklętej gramatyki. Gramatyka stanęła mi kością w gardle i ani jej przełknąć, ani wypluć. Tkwi. Dzielnie więc chodziłam za naszą legendarną profesorką (nazwiska nie podam, jeszcze mnie znajdzie i ukatrupi), a ona łaskawie pozwalała mi poprawiać przeraźliwej długości i trudności kolokwia, raz po raz. Aż przyszedł ten dzień. Dzień, w którym dowiedziałam się, że dostanę zaliczenie z przedmiotu, jeśli tylko (sic!) pokonam kolokwium podsumowujące z całego semestru gramatyki. Zanim się obejrzałam, siedziałam nad książkami i kułam na potęgę. Mój kręgosłup nie był zadowolony z ośmiu godzin spędzonych w bezruchu, ale dopięłam swego. ZDAŁAM KOLOKWIUM. Ale, ale, nie tak prędko. Najpierw musiałam poczekać, aż zostanie sprawdzone. A był już czas najwyższy - jutro miałam iść na sesję ustną. Dowiedziałam się w końcu po południu (oczywiście musiałam wysiedzieć swoje kilka godzin przed gabinetem szanownej pani profesor), że udało mi się zaliczyć, ponadto, udało mi się zaliczyć z NIEZŁYM rezultatem! Poważnie, zrobiłam tylko kilka karygodnych błędów, kując przez osiem godzin coś, czego nienawidzę. Czego chcieć więcej?
Egzamin ustny
Dobrze, świetnie, mogę podchodzić do sesji! Świetnie? Dobrze? No, nie bardzo. Byłam przekonana, że nie zaliczę kolokwium, więc o przyszłości myślałam na spokojnie - wywalą mnie z uczelni i będzie trzeba czekać na nowe terminy rekrutacji. Luz blues. Już mi wszystko jedno, i tak nic nie zmienię. A tu - niespodzianka. Mogę zdawać ustny egzamin. Wielkie zdziwienie i... w płacz. Nie poradzę sobie. No bo jak to? Nawet nie będę mogła zdawać z moim chłopakiem, bo już wcześniej ta sama ukochana profesor gramatyki dała mu jasno do zrozumienia, że nie zdąży na czas wszystkiego poprawić (Co zresztą nie było prawdą, według praw uczelni, ale o tym innym razem). Wielkie wahanie - podchodzić, nie podchodzić? Podeszłam. Raz się żyje. Na szczęście pod ręką miałam uczynnego kolegę, który zgodził się zdawać ze mną.
Nadszedł wielki dzień. Stres od rana niewyobrażalny. Chłopaka zostawiłam w domu, żeby nie rozpraszał i potuptałam na uczelnię. Poczekaliśmy do odpowiedniej godziny i... Można wchodzić w parach w dowolnej kolejności. Nikt się nie kwapił - więc poszliśmy - na pierwszy ogień, żeby mieć z głowy. O tym, co działo się za drzwiami sali wam nie opowiem. Nie, nie, to żadna tajemnica. Coś bardzo błahego - nie pamiętam nic. Stres wyparł.
Pamiętam jednak, że nie było tak źle, jak się spodziewałam, mimo oceniających spojrzeń komisji i notatek czynionych w każdej sekundzie mojej wypowiedzi (dodam, że kolega bardziej wygadany i nie popełniał błędów przy mówieniu - i oczywiście przy jego wypowiedziach nic nie zapisywano - dodatkowy stres, wszystko mam źle, zaraz wybiegnę z płaczem). Dałam radę. Poprawka, daliśmy radę, bo kolega uspokajał i pocieszał, generalnie wspierał po swojemu. Dobra - ustny egzamin, teraz już z górki.
Egzamin pisemny
Niby wszystko cacy, ale coś nie gra. Mamy tam siedzieć dziewięć godzin?! Tak, tak, dobrze przeczytaliście. Dziewięć godzin na uczelni, w ekstremalnie niewygodnym stroju galowym... I ze świeżym umysłem podchodzić do każdego egzaminu... Realia studiów, niestety. Egzamin, przerwa, egzamin, przerwa, egzamin... I tak dalej. Egzaminy były długie, a to był dopiero pierwszy dzień. Szkoda opisywać reszty, wyglądała podobnie.
Nareszcie koniec. Koniec trudów i mąk! Wolność. Czekamy na wyniki, uczęszczając w tym czasie na zajęcia drugiego semestru. Gdzie jest haczyk? No właśnie.
Haczyk, czyli czemu mnie ostatecznie wywalili
Otóż chodzi o to, że są dwa terminy sesji - normalny termin i sesja poprawkowa. ALE. Jeśli student z jakiegoś powodu nie podejdzie do sesji w pierwszym terminie, termin sesji poprawkowej staje się automatycznie jego pierwszym i ostatnim terminem. Ja natomiast nie zdążyłam zaliczyć wszystkich przedmiotów do pierwszego terminu sesji, więc moja pierwsza i ostatnia szansa na zdanie to termin poprawki. No i tu na moim losie zaważyła... taaak, gramatyka! Ucząc się bowiem pilnie, by pozaliczać kolokwia z tego wspaniałego przedmiotu, nie miałam czasu nawet zajrzeć do książek tudzież notatek z innych przedmiotów. I w ten sposób nie zaliczyłam sesji. Nie miałam kiedy się do niej uczyć, ponieważ walczyłam, żeby w ogóle do niej podejść. I tu się kończy moja ciekawa i obfitująca w wydarzenia (bardziej, niżbym chciała) historia pierwszego podejścia do studiów.
Potem się załamałam, nie miałam serca wracać na bloga, nie miałam serca do niczego. Dopiero teraz złapałam wenę w żagle i postanowiłam wrócić. Aktualnie czekam na wyniki rekrutacji (mają się pojawić trzynastego lipca, trzymajcie kciuki), już nie na KMT, ale na podobny kierunek, nastawiony jednak bardziej na kulturę i literaturę, a mniej na media.
(Notka dla ciekawskich: KMT = kultura - media - translacja
KAOJ = kultura i literatura angielskiego obszaru językowego)
Startuję też równolegle na dwa inne kierunki (moja furtka bezpieczeństwa, gdybym nie dostała się na KAOJ): specjalność nauczycielska z informatyką oraz tłumaczeniowa z językami Indii.
Ależ się rozpisałam! A to dopiero wierzchołek góry lodowej tego, co chciałam opowiedzieć.
Ale będzie po temu dużo okazji, będę tu wracać co piątek (chyba, że wena złapie mnie wcześniej, ale w piątki możecie sprawdzać bloga).
Na koniec - wreszcie zabrałam się za Sienkiewicza! "Ogniem i mieczem" już za mną, aktualnie czytam "Potop"... Ale więcej informacji w następnym poście! Trzymajcie się i uwaga na chrabąszcze czerwcowe... yyyy, majowe.
piątek, 10 czerwca 2016
Dziś troszkę inaczej.
Ale, ale, o czym chciałam napisać? Na początek wytłumaczę, dlaczego zawsze noszę przy sobie książkę. Ten wykres przedstawia to idealnie:
(DLACZEGO ZAWSZE NOSISZ PRZY SOBIE KSIĄŻKĘ:
*PONIEWAŻ CHOLERNIE LUBISZ CZYTAĆ
*PONIEWAŻ CHCESZ ZNIECHĘCIĆ LUDZI, ŻEBY DO CIEBIE ZAGADYWALI)
Dzięki temu uświadomiłam sobie, że tak rzeczywiście jest i ze mną. Może i wy też odkryjecie coś takiego?
Co następne? Może kilka słów o nas, introwertykach. Wielu ekstrawertyków sądzi, że nie lubimy ludzi, stronimy od nich. Otóż nie. Chodzi o to, że czerpiemy energię z bycia samemu (ewentualnie wśród najbliższych), a wykorzystujemy ją pośród ludzi. Ekstrawertycy mają odwrotnie. Kiedy są sami, zużywają energię, a "ładują bateryjki" przebywając wśród innych. Na tym polega najważniejsza różnica.
Teraz słów kilka o postępowaniu z nami, introwertykami. Otóż jeśli, dajmy na to, znajdujemy się w pokoju, do którego wchodzi taka osoba, przywitajmy się z nią grzecznie, ale nie próbujmy zagadać. Jeśli mamy coś istotnego, powiedzmy to zwięźle. Introwertycy nie chcą tracić czasu na bezsensowne rozmowy.
Następnie wróćmy do swoich zajęć. To najlepsza opcja.
Na koniec kilka porad. Nie wymagaj od introwertyków, by zużywali na ciebie cenną energię, jeśli nie jest to absolutnie konieczne. Introwetycy także mogą czuć się samotni. Nie traktuj ciszy jako zniewagi - tak nie jest!
[źródło: Dr Carmella radzi: jak zrozumieć introwertyka]
To tyle na dziś. Mam nadzieję, że te rady przydadzą się komuś.
Do przeczytania!
piątek, 6 maja 2016
Czas na recenzje ograniczony? Czyżby Dobra Zmiana?
Obiecywałam sobie, że nie będę tu pisać o polityce, ale... To, co dzieje się w tym kraju jest po prostu nie do przyjęcia! Lecz nie o tym pisać miałam (jakby to pewnikiem wielu wieszczów ujęło). Wybaczcie, ale ostatnio czytam książki tak szybko, że nie starcza mi czasu na nadrabianie recenzji, zamiast tego robię sobie nowe zaległości. Napiszę więc w najbliższym czasie o "Eonie" - dwutomowym cudzie literackim autorstwa Alison Goodman. Na razie jednak trzymajcie kciuki za porządnie zdaną maturę!
Do przeczytania!
środa, 20 kwietnia 2016
Czarno - biały świat "Na drugą stronę"
Podsumowując - polecam każdemu tę książkę, ale nie oczekujcie wiele od głównego bohatera.
Do przeczytania!
niedziela, 10 kwietnia 2016
Recenzja później, karakany górą!
Dowiedziałam się kilku interesujących rzeczy. Mianowicie "Sklepy cynamonowe" opowiadają o chorym psychicznie człowieku. Nie wiem tylko, czy zamiana w karakana jest tu symbolem śmierci czy może całkowitego zatracenia się w chorobie... Ale do rzeczy. Słuchając o dziele Bruna Schulza dowiedziałam się, że autor chciał przedstawić rzeczywistość jako pozór, natomiast pozór jako rzeczywistość. W tym wypadku chodzi o to, że prawdziwe wydarzenia są nieważne, na pierwszy plan wysuwa się choroba. Chyba skończę na teraz, bo czuję, że zaczynam pisać nieskładnie, nie mam weny...
czwartek, 31 marca 2016
Jak zamienić się w karalucha, czyli "Sklepy cynamonowe"...
"Dozorcy odebrali mu mapę, naturalnie, prawdopodobnie wtedy, kiedy zajmował się byciem martwym. To była dobra mapa i studiując ją, pan Wilkinson i jego koledzy wiele się dowiedzą o szyfrowaniu, geografii i zdradzieckiej kartografii. Nie znajdą na niej lokalizacji około 150 tysięcy dolarów w rozmaitych walutach, ponieważ mapa była całkowitą i wyrafinowaną fikcją. Jednakże Moista ogarniało przyjemne ciepło na myśl o tym, że na pewien czas posiądą oni największy ze wszystkich skarbów, jakim jest Nadzieja. Jego zdaniem każdy, kto nie potrafi normalnie zapamiętać, gdzie ukrył takie wielkie skarby, zasługuje na ich utratę."
("Piekło pocztowe" Terry'ego Pratchetta)
Tymczasem... Wypożyczyłam z biblioteki pięć nowych książek. Oto ich tytuły:
- "Portret Doriana Graya" Oscara Wilde
- "Dzieci demonów" J. M. McDermott'a
- "Na drugą stronę" Anny Kendall
- "Niuch" Terry'ego Partchetta
- "Ludzie - powieść dla Ziemian" Matta Haiga
niedziela, 27 marca 2016
"Wesołego królika, co po stole bryka!"
Na razie jednak muszę was pożegnać.
piątek, 25 marca 2016
O Laus Deo, historii circumpunctu i masonerii słów kilka
Bardzo dawno nie pisałam... Ale wiecie, jak to jest. Trzecia klasa, matura za niecałe dwa miesiące... Człowiek nie ma głowy do pisania bloga. Regularnie zacznę pisać dopiero po egzaminie dojrzałości, tymczasem proszę was o wyrozumiałość. Jeśli mogę dać pewną radę: spróbujcie zaglądać tu co tydzień lub nawet dwa tygodnie. W ten sposób nie będzie tylu nerwów z powodu mojego niepisania. A teraz do rzeczy. Dziś troszkę inaczej, bo zainspirowana "Zaginionym symbolem" Dana Browna, chciałabym podzielić się z wami informacjami o wolnomularstwie.
Na początek - dlaczego masoneria jest potępiana?
Odpowiem na przykładzie religii chrześcijańskiej. Ludzie, którzy potępiają wolnomularzy, używają tych oto argumentów:
Powtórzonego Prawa 5:
"8 - Nie uczynisz sobie posągu ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko albo na ziemi nisko, lub w wodzie poniżej ziemi.
9 - Nie będziesz oddawał im pokłonu ani służył. Bo Ja jestem Pan, Bóg twój, Bóg zazdrosny, karzący nieprawość ojców na synach w trzecim i w czwartym pokoleniu – tych, którzy Mnie nienawidzą."
Mt 23:9-12 Bw „Nikogo też na ziemi nie nazywajcie ojcem swoim; albowiem jeden jest Ojciec wasz, Ten w niebie.(10) Ani nie pozwalajcie się nazywać przewodnikami, gdyż jeden jest przewodnik wasz, Chrystus.(11) Kto zaś jest największy pośród was, niech będzie sługą waszym,(12) a kto się będzie wywyższał, będzie poniżony, a kto się będzie poniżał, będzie wywyższony."
Mt 6:6 (BT) „Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.”
A przecież, jeśli się nad tym zastanowić, jeden z najpotężniejszych odłamów religii chrześcijańskiej robi dokładnie to samo, o co oskarża masonów. Ponadto ostatni punkt nie ma odniesienia do masonerii, ponieważ w Lożach zakazane jest dyskutowanie o religii, by nie wszczynać kłótni.
Masoneria jest stowarzyszeniem zrzeszającym ludzi wszelkich religii. Obowiązkowa jest jedynie wiara w siłę wyższą. Dlatego chrześcijanie uważają wolnomularzy za heretyków, a nawet satanistów (co świadczy tylko o ich zamkniętym umyśle, przecież to kompletnie nie ma sensu!) i od wieków tępią masonów. Myślę, że podobnie ma się sprawa z innymi religiami. Ale to nie wszystko. Są jeszcze inne powody tej nienawiści. Przytoczę tu cytat z "Zaginionego symbolu":
"- Profesorze Langdon! - odezwała się dziewczyna z kręconymi włosami siedząca w jednym z tylnych rzędów. - Jeśli masoni nie są tajnym bractwem, korporacją ani religią, to czym są?
- Gdyby zadała pani to pytanie masonowi, odpowiedziałby, że wolnomularstwo to system moralny ukryty za zasłoną alegorii i dostarczający przykładów pod postacią symboli.
- Czy nie jest to eufemistyczne określenie "dziwacznej sekty"?
- Powiedziała pani "dziwacznej"?
- Nie przesłyszał się pan! - powiedziała głośno, wstając. - Słyszałam, co wyprawiają podczas swoich tajemnych zgromadzeń! O upiornych rytuałach przy świecach, z trumnami, stryczkami i piciem wina z ludzkich czaszek. Jak inaczej to nazwać?!
Langdon rozejrzał się po sali.
- Czy państwo też uważają to za dziwaczne?
- Tak! - zakrzyknęli studenci jak jeden mąż.
Westchnął z udawanym smutkiem.
- Kiepska sprawa. Jeśli takie rytuały wydają wam się dziwaczne, nigdy nie wstąpicie do mojej sekty.
W sali zapadła cisza. Studentka ze Stowarzyszenia Kobiet spojrzała na niego niepewnie.
- Jest pan członkiem jakiejś sekty? - spytała.
Langdon skinął głową i ściszył głos do konspiracyjnego szeptu.
- Proszę nikomu nie mówić, że w dzień, gdy poganie oddawali cześć bogu Ra, klękam u stóp starożytnego narzędzia tortur i spożywam rytualne symbole ciała i krwi.
Studenci spojrzeli po sobie przerażeni.
Langdon wzruszył ramionami.
- Jeśli ktoś chce się przyłączyć, proszę przyjść w niedzielę do kaplicy uniwersyteckiej. Uklękniemy przed krucyfiksem i przyjmiemy eucharystię.
W sali nadal było cicho.
Langdon mrugnął porozumiewawczo do słuchaczy.
- Otwórzcie umysły, drodzy przyjaciele. Wszyscy boimy się tego, czego nie rozumiemy."
No właśnie. Jeśli coś brzmi przerażająco, powinniśmy najpierw trochę się o tym dowiedzieć, poczytać, a dopiero potem potępiać i wyklinać.
Dobrze, ale czym zajmuje się wolnomularstwo?
Dla przykładu - cele Gai Aeterny, części Wolnomularstwa Żeńskiego Liberalnego w Polsce:
^ Udoskonalanie moralne oraz duchowe samego siebie i ludzkości,
^ Poszukiwanie Prawdy i dążenie do Sprawiedliwości,
^ Budowanie postawy szacunku do wszelkiej Pracy, jako obowiązku człowieka,
^ Zmierzanie do harmonii i równowagi w sądach i postępowaniu,
^ Poszanowanie odmienności drugiego człowieka i absolutnej wolności sumienia,
^ Nauczanie postaw tolerancji i doceniania bogactwa płynącego z różnorodności osobowości ludzkich, społeczeństw i kultur,
^ Pielęgnowanie więzi braterskich wśród wolnomularzy i działanie na rzecz braterstwa między ludźmi,
^ Kształtowanie postaw solidarności międzyludzkiej, wspieranie słabszych,
^ Przeniesienie światła do innych miast Polski.
Nie brzmi tak strasznie, prawda? Wystarczy zastanowić się nad każdym punktem. Co to ma wspólnego z satanizmem?!
Jak zostać masonem?
Pewnie wielu z was zastanawiało się nad tym. Cóż - są dwie drogi. Pierwsza - tradycyjna - zakłada zaproszenie z wewnątrz. Wolnomularze obserwują potencjalnego kandydata (zgłoszonego przez Mistrza), jego poglądy, zachowanie. Jeśli zrobi dobre wrażenie, zapraszają go do stowarzyszenia.
Druga droga - możliwa dopiero od niedawna - wymaga inicjatywy ze strony kandydata. Wysyła on zgłoszenie i czeka cierpliwie, aż Loża je rozpatrzy. Zajmuje to zazwyczaj dosyć długo (nawet ponad rok!), po tym czasie przewidziany jest jeszcze okres testów, po których kandydat zostaje odrzucony lub przyjęty jako Adept.
Więcej informacji o tym procesie znajdziecie tutaj.
Warto poczytać o wolnomularstwie, to naprawdę fascynujące stowarzyszenie.
poniedziałek, 29 lutego 2016
"Ogień pali, ale i oczyszcza" - recenzja "Chrztu ognia"
Zachęcona łatwością, z jaką udało mi się napisać moją pierwszą recenzję, rozpoczynam tworzenie drugiej (patrz: tytuł posta).
Do biegu... Gotowi... Start!
Zacznijmy od powodu, dla którego sięgnęłam po "Chrzest ognia". Przede wszystkim chciałam poznać dalsze losy Geralta, Ciri i Yennefer. Ciekawiło mnie, co się jeszcze stanie. W ten sposób zbliżyłabym się też do zakończenia sagi, które niezmiernie mnie interesuje. Na początku jednak zabrałam się za "Chrzest ognia" z miernym entuzjazmem. Miałam już dość sagi. Wszystkie te zawirowania polityczne sprawiały, że musiałam się przedzierać przez kolejne stronice "Czasu pogardy" i nie wierzyłam, aby w następnej części było lepiej.
Ale kiedy otworzyłam książkę... Czekała mnie niespodzianka. W każdej powieści z sagi o wiedźminie są słowa wiersza lub piosenki bodajże na karcie tytułowej. W "Chrzcie ognia" jest to fragment "Brothers in arms" Dire Straits, rockowy kawałek, który znam od dziecka. Przytaczam go poniżej:
Through these fields of destruction
Baptisms of fire
I've watched all your suffering
As the battles raged higher
And though they did hurt me so bad
In the fear and alarm
You did not desert me
My brothers in arms...
Zachęciło mnie to do zabrania się za lekturę. I co się okazało? Ta książka jest świetna! Ale na tym nie koniec.
Trudno określić tematykę sagi o wiedźminie. Pojawia się tam wiele wątków tak pokręconych, że próba zrozumienia ich przypomina błądzenie po omacku. Jest miłość, przyjaźń, niechęć, nienawiść. Jest śmierć. Poruszane zostają tam tematy ważne dla nas do dziś.
Teraz, według schematu (który już i tak ominęłam) powinnam napisać co nieco o bohaterach i akcji. Ale cóż mogę tutaj rzec? Przecież to któryś tom sagi, musiałabym opisywać postaci od samego początku...
Zamiast tego podzielę się z wami czym innym. Jak na razie "Chrzest ognia" to mój ulubiony tom w sadze. Czytało się go bardzo przyjemnie, polityka pojawiała się na poziomie możliwym do zrozumienia bez szczegółowych notatek, a zakończenie... Nie będę tutaj dodawać spoilerów, powiem tylko, że koniec trzeciego tomu nie zawodzi.
Podsumowując - nie mam żadnych zastrzeżeń! "Chrzest ognia" jest świetną lekturą i z czystym sumieniem polecam wam tę książkę.
Na zakończenie dodam jeszcze parę cytatów z powieści:
"- Twój wiedźmin - powiedziała Francesca - w ciągu jednej tylko godziny zrobił więcej, niż niejeden przez całe życie. Nie rozwodząc się: złamał nogę Dijkstrze, uciął głowę [spoiler] i bestialsko zarąbał około dziesięciu Scoia'tael. Ach, byłabym zapomniała: obudził jeszcze niezdrowe podniecenie Keiry Metz.
- Straszne - Yennefer wykrzywiła się przesadnie. - Ale Keira doszła już chyba do siebie? Nie żywi chyba do niego urazy? To, że podnieciwszy ją, nie wychędożył, wynikało z całą pewnością z braku czasu, nie z braku szacunku. Zapewnij ją o tym w moim imieniu."
"Wartownicy byli żołnierzami zawodowymi, dawało się to poznać po zadziwiającej umiejętności porozumiewania się za pomocą zdań złożonych wyłącznie z zaimków i obrzydliwych plugastw."
"- Jeśli będzie bezpiecznie, zawołam głosem krogulca.
- Głosem krogulca? - niespokojnie poruszył brodą Munro Bruys. - Przecież ty pojęcia nie masz o naśladowaniu ptasich głosów, Zoltan.
- I o to chodzi. Gdy usłyszycie dziwny, niepodobny do niczego głos, to będę ja."
piątek, 26 lutego 2016
Moja pierwsza recenzja!
W tym poście chciałabym zrecenzować "Wiśniowy Klub Książki". Czuję się już lepiej i chyba dam radę. Zaczynajmy!
Na początek chciałabym opowiedzieć wam, skąd wziął się pomysł przeczytania tej książki. Jak już wiecie uczęszczam na spotkania Dyskusyjnego Klubu Książki w Czeladzi. Dziś jest comiesięczne zebranie. Mieliśmy przeczytać właśnie powieść Ashtona Lee. Jako, że jestem w szpitalu, niestesty nie będę mogła uczestniczyć w spotkaniu... Ale książkę z chęcią przeczytałam.
"Wiśniowy Klub Książki" to naprawdę ciekawa powieść. Opowiada o bibliotekarce - Maurze Beth - która postanawia walczyć do końca o swoje miejsce pracy. Musi udowodnić władzom, że biblioteka wcale nie jest zbędnym miejscem, o którym wszyscy już zapomnieli.
Teraz troszeczkę o autorze - zdziwicie się, ale cały czas byłam przekonana, że Ashton Lee to kobieta... Dopiero dziś dowiedziałam się, że to płeć przeciwna. "Wiśniowy Klub Książki" to jego literacki debiut. Autor studiował literaturę angielską, co wyjaśnia temat powieści. Ale nie będę was zanudzać, przejdźmy do kolejnego punktu!
Dodajmy co nieco o treści. Główni bohaterowie to dokładnie stworzone postaci. Każdy z nich jest ważny i każdy ma swój własny wątek. Nie wszystko krąży wokół Maury Beth i jej biblioteki. Sporo jest także przyjaźni i miłości między mieszkańcami Cherico.
Moim zdaniem książka ta zasługuje na polecenie, mimo sporej ilości błędów stylistycznych i niedociągnięć. Jest to debiut autora, liczę więc, że w kolejnych powieściach będzie mniej błędów. No cóż - dajmy autorowi szansę się wykazać.
Zdecydowanie podoba mi się sposób pisania i stworzeni bohaterowie.
Moim ulubionym wątkiem są relacje pomiędzy Locke'm Linwoodem a panną Voncille. Jest to chyba najlepiej stworzona część książki (nie licząc Maury Beth i jej biblioteki), a gdy autor wprowadził jeszcze wątek listu od zmarłej żony... To jest świetne!
Podsumowując - "Wiśniowy Klub Książki" jest powieścią naprawdę godną polecenia. Interesujące wątki, dokładnie stworzeni bohaterowie, ciekawa fabuła - to wszystko można znaleźć w książce, którą zadebiutował Ashton Lee.
Na koniec dodam cytat z "Wiśniowego Klubu Książki":
"Nikt nie zajmuje się działem dziecięcym ani sprawami technicznymi. To cud, że w ogóle mam ten komputer. - Tu nachyliła się i zniżyła głos. - Nie mówiąc już, do jakich sposobów muszę się uciekać, żeby zabezpieczyć zbiory. Za ladą na przykład leży zapas orzechowych markizów dla pana Barnesa Putzela. Pilnuje go tu jego młodsza siostra. Gdy zaczął przychodzić, na początku spędzał całe dni w księgozbiorze podręcznym, póki nie zaczynał zderzać ze sobą tomów encyklopedii jak talerzy. Byłyśmy zmuszone prosić go o ich odłożenie i wypraszać. Pewnego dnia jednak jego siostra przyszła i zaproponowała, żebyśmy ukradkiem częstowały go ciastkami z masłem orzechowym, zanim pójdzie do katalogu podręcznego. Mówiła, że w domu to go zawsze uspokaja. Zastosowałam się więc do jej rady i od tej pory nie mamy z nim problemów. Czuje się jak w raju, studiując encyklopedie w błogosławionej ciszy i bez uszczerbku dpa okładek. Musimy tylko niestety zdzierżyć jakoś jego orzechowy oddech, kiedy przychodzi się pożegnać."
poniedziałek, 15 lutego 2016
To wszystko wina Pottera!
Witajcie!
Dawno nie pisałam, wiem. Miałam ostatnio męczące tygodnie, nie miałam siły na nic... Ale już jest lepiej, proszę państwa! Dziś chciałam się podzielić teorią pewnego fana Harrego Pottera. Okazuje się, że powinniśmy podziwiać Dursley'ów!
Już wyjaśniam. Pamiętacie, jak zachowywał się Ron, gdy za długo nosił horkruks? Stawał się agresywny już po paru godzinach.
A teraz przypominam - Harry był przecież horkruksem. Musiał więc oddziaływać na Dursey'ów przez... dziesięć lat!
Powinniśmy podziwiać ich, że nie zwariowali.
Ciekawe, jakimi ludźmi by byli, gdyby Harry nie miał w sobie cząstki Voldemorta?
Tutaj macie artykuł na ten temat.
Wkrótce się odezwę, cześć!
piątek, 5 lutego 2016
Nadszedł "Czas pogardy"!
Zaczynajmy więc, nie mam wiele czasu. Niedawno skończyłam "Krew Elfów" i zabrałam się za "Czas pogardy". Tutaj, niestety, znów będę musiała przerwać, czeka na mnie "Kordian" Juliusza Słowackiego, łyskając złowrogo ślepiami. To chyba jedyna lektura (nie licząc "Kamizelki" Bolesława Prusa w gimnazjum, której nie przeczytałam na czas tylko dlatego, że po prostu zapomniałam), której nie zmogłam. Teraz muszę to nadrobić, bo matura coraz bliżej...
Już nie wiem, doprawdy, jak mi się układa z Wyzwaniem Książkowym... Zapewne już dawno zawaliłam terminy. Może poradzę sobie z tym inaczej. Będę zapisywać, ile książek muszę przeczytać w danym miesiącu. Tak będzie łatwiej, bo nie zawsze mam czas. W następnym poście załączę podsumowanie stycznia i plan na luty. Dodam też niedługo zdjęcie mojego stosiku książkowego (dla niezorientowanych - ostatnio kupione książki) i zacznę na poważnie podchodzić do Wyzwania. Zamieszczę też listę kryteriów, którą będę na bieżąco uaktualniać.
To chyba tyle na ten moment.
Cytat na dziś:
"- Czy rozumiesz teraz, czym jest neutralność, która tak cię porusza? Być neutralnym to nie znaczy być obojętnym i nieczułym. nie trzeba zabijać w sobie uczuć. Wystarczy zabić w sobie nienawiść."
Może jeszcze jeden:
"- Drwicie sobie za mnie?
- Pod żadnym pozorem. Naprawdę chciałbym uzupełnić luki w wykształceniu.
- Hmmm... Jeśli naprawdę... Czemu nie. Posłuchajcie zatem. Rodzina Hyphydridae, należąca do rzędu Amphipoda, czyli Obunogów, obejmuje cztery znane nauce gatunki. Dwa z nich żyją wyłącznie w wodach tropikalnych. W naszym klimacie spotyka się natomiast, obecnie bardzo rzadko, niewielką Hyphydra longicauda, oraz osiągającą nieco większe rozmiary Hyphydra marginata. Biotopem obu gatunków są wody stojące lub wolno płynące. Są to rzeczywiście gatunki drapieżne, preferujące jako pokarm stworzenia ciepłokrwiste... Macie coś do dodania?
- Chwilowo nie. Słucham z zapartym tchem.
- Tak, hmm... W księgach znaleźć też można wzmianki o podgatunku Pseudohyphydra, żyjącym w bagnistych wodach Angrenu. Jednak ostatnio uczony Bumbler z Aldersbergu dowiódł, że jest to całkowicie odrębny gatunek z rodziny Mordidae, czyli Zagryźców. Żywi się wyłącznie rybami i małymi płazami. Został nazwany Ichtyovorax bumbleri.
- Ma potwór szczęście - uśmiechnął się wiedźmin. - Już po raz trzeci został nazwany.
- Jak to?
- Stwór, o którym mówicie, to żyrytwa, w Starszej Mowie nosząca nazwę cinerea. A jeśli uczony Bumbler twierdzi, że żywi się wyłącznie rybami, to wnoszę, że nigdy nie kąpał się w jeziorku, w którym żyrytwy bytują. Ale pod jednym względem Bumbler ma rację: z żagnicą cinerea ma tyle wspólnego, co ja z lisem. Obaj lubimy jeść kaczuszki."
(oba cytaty pochodzą z powieści "Krew Elfów" Andrzeja Sapkowskiego)
Do przeczytania!
piątek, 29 stycznia 2016
Nie umiem inaczej...
Wiecie... Muszę czytać kolejne tomy sagi o Wiedźminie, przeplatając je innymi książkami. Nie potrafię inaczej. Dzisiaj na przykład przebrnęłam przez kilka zaledwie stron "Krwi Elfów" i coś mnie zablokowało. Nie mogłam zmusić się do przewrócenia kartki. Wtedy pomyślałam o niedawno wypożyczonej przez mamę książce - "DziwNym przYpadku pSa noCną porĄ" Marka Haddona. Przeczytałam ją w niecałe pięć godzin (co pozwoliło mi trochę nadgonić z wyzwaniem). Opowiada o chłopcu cierpiącym na chorobę Aspergera, odmianę autyzmu.
Właściwie dlaczego mówi się na przykład "cierpi na chorobę Aspergera"? Z książki jasno wynika, że Christopher wcale nie odczuwa cierpienia w związku z autyzmem. Wręcz przeciwnie - dzięki temu jest wyjątkowy i potrafi zdziałać o wiele więcej, niż normalny człowiek.
Przez swoją chorobę nie jest gorszy. Jest po prostu... Inny. Wyjątkowy.
Ma odmienny sposób myślenia, to wszystko. Nie ubolewa nad tym, jaki się urodził.
Jutro wracam do "Krwi Elfów".
Cytat na dziś:
"W drodze do szkoły autobus, którym jechałem, minął 4 czerwone samochody jeden po drugim, co oznaczało Dobry Dzień, więc postanowiłem nie smucić się tego dnia Wellingtonem.
Pan Jeavons, szkolny psycholog, spytał mnie kiedyś, dlaczego 4 czerwone jadące jeden po drugim oznaczają Dobry Dzień, 3 czerwone samochody Niezły Dzień, 5 czerwonych samochodów Wspaniały Dzień, a 4 żółte auta Czarny Dzień, czyli taki, w którym do nikogo się nie odzywam, siedzę sam, czytając książki, nie jem lunchu i nie ryzykuję. Powiedział, że zaskoczyłem go tym niezbyt logicznym rozumowaniem, bo uważał mnie za bardzo logiczną osobę.
Odparłem, że lubię, kiedy panuje porządek. Logika zaś jest jednym ze sposobów porządkowania rzeczy. Zwłaszcza w przypadku liczb lub argumentów. Ale rzeczy można porządkować na inne sposoby. Stąd właśnie moje Dobre i Czarne Dni. Jeśli ktoś wychodzi rano z domu do biura i widzi, że świeci słońce, czuje się szczęśliwy, a kiedy widzi, że pada deszcz, robi mu się smutno. Wszystko zależy od pogody. A przecież pracuje w biurze, więc pogoda nie ma nic wspólnego z tym, czy ma dobry, czy zły dzień."
("DziwNy przYpadek pSa noCną porĄ" - Mark Haddon)
wtorek, 26 stycznia 2016
"Tylko trochę poświęcenia."
„Drzwi otwarły się gwałtownie i do kantorka wbiegło coś bez czapki.
"Miecz przeznaczenia ma dwa ostrza."
Właśnie w tej chwili udało mi się wreszcie skończyć "Miecz przeznaczenia" i natychmiast zabieram się za "Krew elfów" (lub Elfów - znalazłam różne wersje). Muszę sporo nadrobić.
Mam nadzieję, że pierwszą książkę w sadze będzie czytało się równie miło, co zbiory opowiadań. Zobaczymy.
Na razie tylko tyle, wracam do powieści. Napiszę jeszcze, prawdopodobnie wieczorem.
Cytat na dziś:
"Położył się obok dziewczynki, okrył ją swoją kurtką.
- Śpij - powiedział. - Śpij, mała sierotko.
- Akurat! - zaburczała. - Jestem księżniczką, a nie sierotką. I mam babkę. Moja babka jest królową, nie myśl sobie. Jak jej powiem, że chciałeś mnie zbić pasem, moja babka każe ci ściąć głowę, zobaczysz.
- Potworne! Ciri, miej litość!
- Akurat!
- Jesteś przecież dobrą dziewczynką. Ucinanie głowy okropnie boli. Prawda, że nic nie powiesz?
- Powiem.
- Ciri.
- Powiem, powiem, powiem! Boisz się, co?
- Strasznie. Wiesz, Ciri, jak człowiekowi utną głowę, to można od tego umrzeć.
- Naśmiewasz się?
- Gdzieżbym śmiał."
Bywajcie!
czwartek, 21 stycznia 2016
(Po)ranna kawka?
Dawno nie pisałam, ale cóż... Takie życie w trzeciej klasie. Nie zawsze się da.
Wczoraj miałam przygodę z (po)ranną kawką. Nie mówię tutaj o gorącym (lub mrożonym) napoju pitym rankiem, ale o dzikim ptaku prawdopodobnie ze złamanym skrzydłem i uszkodzoną nogą. Znalazłam wczoraj biedactwo kuśtykające po krawężniku w okolicach przystanku Rybna. Nie mogłam jej tak zostawić. Jeszcze chwila i wpadłaby pod koła samochodu! Ruszyłam na ratunek i odgoniłam ją od ulicy. Obawiałam się jednak, że bez pomocy zginie szybko z głodu lub po prostu zamarznie. Zadzwoniłam więc po tatę (dwie godziny czekania na mrozie) i wspólnie, z pomocą starszego pana o bardzo dobrym sercu, złapaliśmy (po)ranną kawkę. Wsadziliśmy do pudełka (po glanach zresztą) i zanieśliśmy do domu, by się ogrzała. Tam po jakimś czasie zbudowaliśmy jej wygodne mieszkanko w innym, większym pudełku i urządziliśmy przeprowadzkę. Daliśmy jej wodę i ziarno ze smalcem (specjalnie kupione w sklepie zoologicznym). Potem przykryliśmy pudło materiałem (na noc, żeby jej światło nie raziło - musi mieszkać na korytarzu, bo mama ma alergię) i poszliśmy spać. Dzisiaj zdążyliśmy ją już napoić i odpoczywa sobie w pudełku. Niedługo tata zawiezie kawkę do Chorzowa, gdzie ma się nią zaopiekować pewien człowiek, ale jeszcze nic nie wiadomo.
Ja tymczasem, po udanej operacji "Uwolnić Kawkę" (przypominam, ponad dwie godziny bez ruchu na mrozie) jestem chora i zostałam w domu.
Kawka kawką, ale co z książkami? Skończyłam dziś rano "Johnnego i zmarłych" Terry'ego Prattcheta. Z moich obliczeń wynika, że jeśli chcę działać według planu, muszę do dwudziestego czwartego stycznia przeczytać "Miecz przeznaczenia" Andrzeja Sapkowskiego i dokończyć "Bogów na balkonie" Anji Snellman (ewentualnie wybrać jakąś inną lekturę). Nie mam pojęcia, jak to zrobię... Zobaczymy.
Cytat na dziś?
"Mniej więcej dziesięć minut po wyjściu Johnny'ego zadzwonił telefon. Dziadek jak zwykle wrzasnął Telefon! nie spuszczając wzroku z telewizora, który od kilku lat stanowił sens jego życia. Ponieważ nikogo w domu nie było, nikt na wrzask nie zareagował i telefon dzwonił sobie dalej. W końcu, klnąc pod nosem, dziadek wstał i podszedł do aparatu. Nie zauważył, że pilot od telewizora zsunął się między poduszkę a boczną ścianę fotela, gdzie spędził najbliższe czterdzieści osiem godzin.
Tak?... Nie, nie ma go... Skoro wyszedł, to go nie ma. Kto... niech mnie... Nigdy! Nadal robisz sztuczki? Coś cię ostatnio nie widywałem w mieście... Ano prawda, sam niewiele wychodzę. Jak się czujesz? Aha: zmarłeś, rozumiem. Ale wyszedłeś, żeby zadzwonić, ta nauka to teraz cuda robi. Słychać cię, jakbyś był bardzo daleko. Tak, pamiętam ten numer, który prawie ci się udał, ten z kajdankami i workiem. Tak... Tak... Dobrze, powiem mu. To miło, że zadzwoniłeś. Powodzenia.
Dziadek odłożył słuchawkę, wrócił do pokoju i z powrotem zasiadł przed telewizorem.
Po kilku minutach nagle zmarszczył czoło, wstał i podejrzliwie obejrzał stojący w korytarzu telefon."
("Johnny i zmarli" Terry'ego Pratchetta)
Do jutra!
wtorek, 19 stycznia 2016
Pratchett na balkonie? Coś nie tak!
Wkrótce odpowiem na najnowsze komentarze. Tak, widziałam je i jest mi bardzo miło, ale na komentarz zwrotny będziecie musieli jeszcze trochę poczekać.
„Susan była dostatecznie inteligentna, by wiedzieć, że zdanie Ktoś musi coś z tym zrobić samo w sobie niewiele znaczy. Ludzie, którzy je wypowiadają, nigdy nie kończą a tym kimś jestem ja.”
(„Wiedźmikołaj" Terry’ego Pratchetta)
Howgh!
niedziela, 17 stycznia 2016
Książkowe kącikowanie i studniówka
Witam wszystkich.
Dziękuję, że jesteście mimo mojej nieobecności. Niestety - trzecia klasa to nie przelewki. Wcześniej nie pisałam, ponieważ byłam na skraju wycieńczenia, wczoraj natomiast miałam studniówkę. Bawiłam się doskonale. Był to niezapomniany wieczór. Jednak tańce do czwartej (lub piątej, nie wiem dokładnie) nad ranem dają w kość i dziś czuję się bardzo zmęczona... Jednakże postanowiłam wypełnić obowiązki i dodać posta, z czego, zapewne, choć trochę się ucieszycie.
Powiem wam coś. Powoli sypie się mój dwuletni plan książkowy. Wczoraj miałam skończyć "Bogów na balkonie, tymczasem jestem dopiero na osiemdziesiątej czwartej stronie (z dwustu pięćdziesięciu trzech). Jednak jest nadzieja. Następną książką jest "Miecz przeznaczenia", czyli kolejny zbiór opowiadań Sapkowskiego. Mam wrażenie, że przeczytam to szybciej, niż normalną lekturę, więc nawet, jeśli "Bogów na balkonie" skończę dopiero jutro, to uda mi się nadrobić i wyjdę na prostą.
Niedługo dodam listę wszystkich kryteriów do Wyzwania 2016-2017 i będę odkreślać te już spełnione.
Jeszcze jedno. W celu ułatwienia (i umilenia) sobie czytania, wybudowałam w rogu pokoju Kącik Książkowy z odpowiednim oświetleniem, wygodnym posłaniem i kocem w roli zasłony zapewniającej mi przestrzeń prywatną. Jest tam bardzo przytulnie i miło, a obraz Kącika zachęca do czytania.
Cytat na dziś:
"Wskutek tamtej decyzji młodsza siostrzyczka Anyżki do tej pory nie umiała po fińsku, jeżeli nie liczyć dzień dobry, spadaj i adresu zamieszkania."
Niedługo znowu się odezwę. Wyczekujcie i bądźcie cierpliwi ("Bądź cierpliwa jak papier...")
Houk!



